Strona główna


Dobre teksty


IDEAŁ NIEDOSKONAŁY


Nie wolno nam zbyt łatwo przyjmować, że jeśli chrześcijanin nie osiąga doskonałości, wynika to zawsze ze złej woli, lenistwa bądź karygodnej grzeszności. Przyczyną tą jest najczęściej ślepota, pomieszanie pojęć, słabość i nieporozumienia. W istocie rzeczy nie doceniamy znaczenia i wielkości naszego powołania. Nie wiemy, jak oszacować niewypowiedziane bogactwa Chrystusa (Ef 3,9). Misterium Boga, Bożego odkupienia i Jego nieskończonej łaski pozostaje na ogół mgliste i nierealne nawet dla "ludzi wiary". Dlatego też nie mamy odwagi ani siły, aby odpowiedzieć na nasze powołanie w całej jego głębi. Podświadomie je fałszujemy, wypaczamy jego prawdziwe perspektywy, sprowadzając nasze życie chrześcijańśkie do kategorii zasad towarzyskich na stosownym poziomie. W takim przypadku "doskonałość" chrześcijańska nie polega już na osobliwej i trudnej wierności duchowi łaski pośród ciemnej nocy wiary. Staje się ona w praktyce budzącym szacunek zachowaniem tego wszystkiego, co jest uznawane za "dobro" w społeczności, w której żyjemy. Najważniejsze są tu zewnętrzne oznaki postawy godnej poważania.

Nie wolno automatycznie odrzucać tej zewnętrzności jako faryzeizmu, który sam jest nadużywaną formułką. W tego rodzaju poważaniu mogą w istocie rzeczy zawierać się jak najbardziej rzeczywiste dobra moralne. Dobre intencje nie uchodzą uwagi Boga. Zawsze jednak osoby tego pokroju cechować będzie pewna płytkość i zdecydowana jednostronność, coś jakby niedopełnienie, które uniemożliwi im osiągnięcie pełnego podobieństwa do Chrystusa. Człowiek taki musiałby przekroczyć ograniczenia swojej grupy społecznej zdobywając się na ofiary, wymagane przez Ducha Chrystusowego, które mogłyby zrazić pewnych jego towarzyszy i doprowadzić go do podjęcia samotnej i strasznej odpowiedzialności.

Droga chrześcijańśkiej świętości jest w każdym przypadku trudna i surowa. Musimy pościc i modlić się. Musimy dla miłości Chrystusa podejmować trud i ofiary, aby poprawić ziemskie bytowanie ludzi. Nie możemy sami cieszyć się radościami życia, od czasu do czasu "oczyszczając nasze intencje" w celu upewnienia się, że wszystko to robimy "dla Boga". Takie czysto abstrakcyjne operacje umysłowe są tylko żałosą wymówką dla miernoty. Nie usprawiedliwiają nas one w oczach Boga. Nie wystarczy czynić pobożne gesty. Nasza miłość Boga i bliźniego nie może być tylko symboliczna; musi to być miłość jak najbardziej realna. Nie jest to tylko działanie umysłowe, ale dar i zaangażowanie naszego najgłębszego "ja".

Oczywiście, wszystko to oznacza, że trzeba pójść nieco dalej, niż zalecają ckliwe pouczenia owej popularnej religijności, skłaniającej niektórych do wiary że jesteśmy dzisiaj świadkami jakiejś "religijnej odnowy". Nie bądźmy tego zbyt pewni ! Sam fakt, iż ludzie czują się przerażeni i zagrożeni, że chwytają się optymistycznych sloganów, częściej biegają do kościoła i usiłują ukoić swoje strapione dusze głosząc radosny humanitaryzm, z pewnością nie wskazuje na to, że nasze społeczeństwo staje się "religijne". W gruncie rzeczy może to być symptom duchowej choroby. Niewątpliwie dobrze jest być świadomym symptomów własnego stanu, ale nie usprawiedliwia to stosowania znachorskich sposobów dla ich łagodzenia.

Tak więc nie dajmy się zwodzić łatwym i infantylnym koncepcjom świętości. Jest niestety całkiem możliwe, że powierzchowna religijność, pozbawiona głębokich korzeni i owocnego odniesienia do innych ludzi i społeczeństwa może się w końcu okazać po prostu ucieczką od bezwzględnych obowiązków religijnych. Nasze czasy potrzebują czegoś więcej, niż pobożnych, uczęszczajacych do kościoła ludzi, którzy unikają poważnych wykroczeń (lub co najmniej wykroczeń, łatwo rozpoznawanych jako takie), ale którzy rzadko robią coś, co jest konstruktywne, pozytywnie dobre. Nie wystarczy być na zewnątrz godnym szacunku. Wprost przeciwnie, sama zewnętrzna szacowność, bez głębszych, pozytywnych wartości moralnych, dyskredytuje wiarę chrześcijańską. Doświadczenie dwudziestowiecznych dyktatur wykazuje, że niektórzy chrześcijanie mogą żyć i pracować w warunkach szokującej niesprawiedliwości społecznej, zamykając oczy na wszelkie rodzaje zła, a może nawet jakoś w nim uczestnicząc, przynajmniej przez zaniechanie, ponieważ troszczą się jedynie o swoje zaszufladkowanie, pobożne życie, odcięte od wszystkiego, co dzieje się na tej ziemi. Jasne jest, że taki marny pozór religii w istocie rzeczy przyczynia się do ślepoty i moralnego znieczulenia, a w dalszej perspektywie prowadzi do zamierania chrześcijaństwa w całych narodach lub poszczególnych grupach społecznych. Bez wątpienia to właśnie stało się źródłem wielkiego współczesnego problemu Kościoła, jakim jest utrata klasy robotniczej.

Oto dlaczego jest zapewne słuszniej mówić o "świętości" raczej niż o "doskonałości". "Święty" człowiek to ktoś uświęcony przez obecność i działanie w nim Boga. Jest "święty", ponieważ żyje tak głęboko zanurzony w życiu, wierze i miłości "Świętego Kościoła", że Kościół objawia swą świątość w nim i poprzez niego. Jeśli jednak skoncentrujemy się na doskonałości, prawdopodobnie okaże się, iż nasza postawa jest subtelnie egoistyczna. Może nam grozić pragnienie kontemplowania własnej osoby jako istoty wyższej, doskonałej i przyozdobionej wszelkimi cnotami, żyjącej w izolacji od wszystkich innych i w błogim poczuciu swej odmienności. Idea "świętości" zdaje się implikować coś ze wspólnoty i solidarności "świętego Ludu Bożego". Pojęcie "duchowej doskonałości" jest raczej właściwe filozofowi, który poprzez wielką wiedzę i praktyki nauk ezoterycznych, nie troszcząc się o potrzeby i pragnienia innych, dotarł do stanu ukojenia, w którym namiętności już nie trapią jego czystej duszy. Nie taki jest chrześcijański ideał świętości.