Strona główna


Dobre teksty


UGO VAN DOORNE

czyli w grocie anachorety

Górska drożyna pachnie dzikim tymiankiem. Bezimienna, wspina się pomiędzy dwoma niskimi murami. Dochodzi do drogi, która od Noto, miasta niegdyś szlacheckiego i barokowego, wiedzie do Testa dell'Aqua. Ścieżka prowadzi do skalnego nawisu. Suchy wietrzyk tylko nieznacznie łagodzi słoneczny żar; wokół krzewy, śródziemnomorska roślinność i cisza. Przez chwilę wydaje się, że to Palestyna. Ścieżka stromo opada w dół. Furtka, kilka stopni wykutych w skale. Za ekualiptusami i akacjami kryje dach i okna i tak powstało pomieszczenie surowe i skromne. W górze nie budzące wątpliwości znaki: żelazny krzyż i dzwon. Wewnątrz, od roku 1969, żyje samotnie Robrecht Van Doorne, Flamand z Belgii. To "ojciec Ugo", pustelnik.

Żywe i przejrzyste oczy, ciemnoblond włosy i szpiczasta bródka, bielutki habit przepasany skórzanym paskiem, duże, gołe stopy obute w sandały. Wita mnie serdecznie: jego akcent to ciekawa mieszanka miejscowego dialektu i francuszczyzny. Co go tu przywiodło ? Kto mu to każe robić ? Od kogo wziął to przejrzyste spojrzenie, które wprawia w zakłopotanie przybysza z miasta ? Dlaczego wyobrażamy sobie anachoretę niczym cierpiącego na szkorbut niedźwiedzia, gdy tymczasem ten jest intrygująco sympatyczny ?

Pachnie wilgocią. Siedzimy na dwu drewnianych taboretach, wyjaśniając wątpliwości, wspominając niewiarygodne dzieje. Robrecht urodził się w Veurne 15 maja 1931 roku jako trzecie z sześciorga dzieci. Normalna młodość: przyjaciele, liceum klasyczne. Potem powołanie, chociaż niewyraźne. Jedna tylko pewność: "Rzuć wszystko i pójdź za Mną". Najpierw zastukał do Ojców Białych, misjonarzy. Studiuje filozofię w Antwerpii i teologię w Louvain. Coraz mocniej jednak rośnie w nim pragnienie, by się modlić w odosobnieniu. Zostaje benedyktynem w klasztorze św. Andrzeja w diecezji Brugia, przybiera imię "brat Ugo"; uzupełnia studia w Rzymie na Papieskim Uniwersytecie św. Anzelma; zostaje księdzem w roku 1958. Nie czuje się jeszcze w pełni zadowolony. próbuje u Kartuzów: w Calci, w Toskanii i w Sélignac, we Francji. To jest okres, kiedy dojrzewa w nim "wołanie pustyni".

Mówią mu o niejakim Jakubie Winandym, dawnym opacie benedyktyńskim, pustelniku na Martynice, na francuskich Antylach. Natychmiast do niego pisze: "Czy mogę przyjechać, żeby się uczyć ?" "Zgoda - brzmi odpowiedź - ale przywieź ze sobą młotek, gwoździe i obcęgi." Cudzoziemską szczupłą twarza brata Ugo krasi uśmiech zadowolenia. "Uderzyła mnie ta konkretność. Miałem romantyczne i doprawdy mało realistyczne pojęcie o tym, co znaczy wybór takiego życia."

Po dwóch latach "inicjacji" w życie samotnicze z Winandym jeszcze nie osiągnął uspokojenia. Ojciec Doyère, badacz duchowości i benedyktyn z Wisques we Francji, radzi mu odbyć pielgrzymkę "do korzeni". Wyrusza więc na Środkowy Wschód: Liban, Syria i Ziemia Święta. W latach 1963-1967 przemierza go wzdłuż i wszerz, pieszo i przypadkowymi środkami transportu. W tym czasie miał tylko jedną krótką przerwę, "włoską", by w roku 1965 wziąć udział w uroczystym otwarciu czwartej i ostatniej sesji Soboru Watykańskiego II, oraz by w San Giovani Rotondo, w Apulii, spotkać ojca Pio z Pietrelciny. Wkrótce bierze kurs na Jerozolimę: zawsze sam, pielgrzmi z placakiem, przyjmowany przez wspólnoty zakonne tylko na nocleg. Sześciodniowa wojna w roku 1967 zmusza go do rozwinięcia żagli ku innym brzegom. 29 czerwca tegoż roku, w uroczystość - wyraźnie to podkreśla - świętych Piotra i Pawła przybija do Rzymu. Loffredo Gutkovski, makiz z Cassibile, ofiarowuje mu domek ogrodnika w swojej przepięknej sycylijskiej posiadłości.

Jest rok 1968, brat Ugo żyje jeszcze w prowizorycznych warunkach. Wreszcie przybywa do Noto: ówczesny biskup, Angelo Calabretta proponuje mu grotę. Pomagają mu. W pieczarze powstaje kaplica. Następnie mała weranda, pokoiczek do pracy, który zapełni książkami. Kuchenka, pokoik. Czy lato, czy zima sypia na drewnianej skrzyni. "Kiedy umrę - żartuje - wystarczy, żeby mnie włożyli do środka." Jest tutaj studnia i piec. Obok kosz napełniony rulonikami gazetowego papieru; najpierw moczy je w wodzie, potem suszy na słońcu. "Nie najgorszy opał" - wyjaśnia. Od niedawna Opatrzność zesłała mu urządzenie, które słoneczną energią ładuje starą baterię: "Za dużo tego dla mnie", zwierza się zatroskany.

"To jest święty" przerywa gwałtownie Corrado Perez, właściciel farmy. "Wykształcony, zajmuje się swoimi sprawami i modli się też za nas." Ojciec Ugo słucha cierpliwie i poklepuje go: wie, że mężczyzna - w krókich szortach i spranej białej koszulce - nie kryje zamiaru "wykorzystania" obecności pustelnika, znanego prawie na całej wyspie: może zbuduje pizzerię albo hotelik. Prawdę mówiąc, już próbował, lecz obył się smakiem: w roku 1993, na widok autokaru ze specjalnie zorganizowaną pielgrzymką, pustelnik, nic nikomu nie mówiąc umknął nad brzeg morza, gdzie żył przez sześć miesięcy w jakimś baraku. Jakby się ulotnił, nie chcąc stać się atrakcą. Teraz, kiedy Perez, zdyszany po pokonaniu stromej ścieżki, przychodzi do niego w odwiedziny, pustelnik ciągnie go do kaplicy na Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo. Bardzo się lubią, szanują. Podobnie jak wszyscy tutejsi ludzie, prości i życzliwi, którzy zrozumieli wybór brata Ugo.

"Kiedy ktoś chce przyjść do mnie po radę, przyjmuję go - wyjaśnia - ale nie przyjmuję więcej, niż mieści się w małej windzie..." Księża, świeccy, zakonnice, młodzi poszukujący sensu. Któregoś dnia nawet mafioso: "Ojcze, zgrzeszyłem". Dla wielu brat Ugo stał się od razu duchowym wsparciem i przyjacielem, tak jak dla Silvestra Iacono, emerytowanego pułkownika karabinierów, troskliwego przewodnika w naszym spotkaniu z pustelnikiem. To wszystko dzieje się tu, w południowowschodniej części Sycylii, w regionie, gdzie żyli inni pustelnicy tego rodzaju: na przykład św. Hilarion, który przybył z Palestyny, a potem poznał w Egipcie św. Antoniego Wielkiego; czcigodny Hieronim Trzeci; św. Konrad. "Moim powołaniem - wyjaśnia ojciec Ugo - jest poszukiwanie Boga. Nie szukanie czynienia czegoś dla Boga, lecz szukanie Boga. Fuga mundi ? Och, świat dźwigasz na barkach. I musisz z nim się zmagać, by nabrał takiego znaczenia, jakie powinien mieć."

Jego życie jest ciężkie. I, paradoksalnie, gorączkowe. O wpół do czwartej pobudka, oficjum, msza. Na śniadanie je to, co mu ludzie dadzą, na ogół kawę, mleko i owoce. Znowu modlitwa i rozmyślanie. Potem lektury duchowe, trochę korespondencji; przedpołudniowe wiadomości radiowe, praca fizyczna. Południe, "seksta". Znowu mleko i owoce. Różaniec. Zbliżają się nieszpory. Na kolację zwykła zupka jarzynowa. Kompleta, a potem, o ósmej, do łóżka. Nie ma ani jednego lira: raz w roku jedzie do Belgii, żeby odwiedzić ponad dziewięćdziesioletnią mamę.

Sycylijski pisarz, Vincenzo Consolo odwiedził ojca Ugo przed napisaniem L'olivo e l'olivastro. W wydanej w 1994 roku książce poświęca pustelnikowi dwie znaczące strony: "Jak ten człowiek, tak nieludzko odsunięty od świata, tak okrytnie odeń oderwany, pośród tych skał, tych zatoczek o urwistych ścianach, zaszyty w stromym zboczu przepaści, pośród pustynnych żarów i gwałtownych ulew, pośród trzeszczących wiecznie zielonych dębów, terebintów i ciernistych krzewów, pośród tej surowej, niegościnnej przyrody zdołał pozostać niewzruszony, pogodny, nie stracić godności, nie runąć w otchłań halucynacji, w topiel paranoi ?"

Tak, jak tego dokonał ? Brat zastanawia się: "Tak, to ciężkie życie. Na pustyni jesteś sam z Bogiem i z samym sobą, najstraszniejszym nieprzyjacielem". Milknie, odsłania to, co niezrozumałe: "Musisz odnaleźć głębię duszy, prawdziwego siebie, prawdziwego Boga. Napięcia, niepokoje, smutki znikają tylko w oczyszczonym przez rozłakę sercu. I wlewa się w nie słodycz miłości powszechnej, wyraz nieskończonej czułości Boga do każdego swego stworzenia".

[...] "Działać i mieć, to cechy charakterystyczne świata = ciągnie ojciec Ugo. - Być, to specyficzna cecha Boga. Kościół nie jest jakimś tam przedsiębiorstwem, którym trzeba zarządzać; a tymczasem wciąż jesteśmy zabiegani. Może jest to oznaką głębokiej wewnętrznej pustki ? Jeśli odzyskamy mistyczny wymiar wiary i tajemnicy Kościoła, zdobędziemy więcej ludzkich serc. Odnoszę często wrażenie, że ten jest pośród nas apostołem, kto każe innym robić to, czego sam nie robi. Lub, co gorsza, kto głosi to, w co sam nie wierzy." Poproszony, by wygłosił homilię na synodzie diecezjalnym, od razu przeszedł do sedna: "Bracia moi, najpierw muszą się odnowić pasterze".

Z tym człowiekiem nie można ciągnąć sprawy w nieskończoność. tak jakby towarzysząca mu cisza i esencjonalność rzeczy zmuszały do zerwania masek. Duchowa głębia rodzi zawroty głowy: jest się oszołomionym, wysuwa się usprawiedliwienia. On zmierza prosto do istoty problemu: "Jeśli nigdy nie zdobywamy się na dystans do świata, jeśli nigdy nie udaje się nam wyzwolić z pogmatwanej gęstwiny jego kryteriów, zasad, pozostajemy niewolnikami zaślepionymi tym, co nieprzemyślane, zewnętrzne, pozorne. Tak jakby nasze życie zależało tylko od tego. Im bardziej biegniemy zdyszani naprzód, tym szybciej zbliżamy się do końca". I dodaje: "W gruncie rzeczy pustelnik, obierając fuga mundi, nie robi nic innego, jak tylko z własnej woli pozostawia to wszystko, co każdy z nas wcześniej lub później, dobrowolnie lub nie, musi pozostawić".

Brat Ugo krzata się przy studni, wyciąga wiatro. Podchodzi, spogląda w dół z urwiska. Klimat jest tu dość łagodnym nawet zimą; lecz, do licha, zimno to zimno, a niektóre ulewy spływały na pustelnię wściekłymi kaskadami wody z sąsiednich terenów. "Czasami bałem się." Czy to wszystkie ojca zmartwienia ? "Wydaje mi się, że mam za dużo; powinienem poszukać czegoś prowadzącego jeszcze bardziej do ogołocenia." Dlaczego, dlaczego ? "Dlatego, że oblubienica nie znosi oddzielenia od oblubieńca. Bóg ogołocił sam siebie, żeby stać się człowiekiem, żeby na zawsze zjednoczyć się z człowiekiem. Człowiek także oczyszcza się, ogołaca, pozwala się ogołocić z siebie samego i ze wszystkich, aby odkryć w głębi swej duszy obraz Boga. W ten sposób urzeczywistnia swoje prawdziwe ja. I to jest istota sprawy."

Fala, która przyciąga, lecz jest nieuchwytna: "Porzucając peryferie pustelnik żyje w centrum - ciągnie spokojnie - gdzie wszystko, co jest na peryferiach, znajduje swój punkt wyjścia i zatrzymania. Powierzchowne ja człowieka to peryferie. Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek człowiek wciąż popełnia wielki, odwieczny grzech: małpuje wszechmogącego, wszechwiedzącego, wszechobecnego Boga." Tempo, ojcze Ugo, tempo życia społecznego, poruszające, bezwzględne, nie daje wytchnienia. Jego odpowiedź brzmi surowo i nieubłaganie: "Czy nasz natłok zajęć, tak wielki, że brak nam czasu na modlitwę, na "zachowanie milczenia", na milczące otwarcie się na tajemnicze Boże działanie w nas, nie jest często oznaką pysznej i zarozumiałej samowystarczalności, wielkiego braku pamięci, która każe nam zapomnieć o mieszkającej w nas Rzeczywistości ? "Królestwo Boże pośród nas jest". Gdybyśmy byli tego świadomi, moglibyśmy bardzo zrelatywizować nasze postępowanie". [...]

/ Francesco Antoniolo, Samotność pełna Boga /