Strona główna


Dobre teksty


CARLO CARRETTO

Mały brat Jezusa
Urodziłem się w Alessandrii, ot tak... przez przypadek. To miasto nie ma nic wspólnego z moją rodziną, której pędy rozrosły się i głęboko zapuściły swe korzenie na wzgórzach Langhe. Tam moi rodzice żyli jako wieśniacy i nosili w swej krwi całą łagodność, siłę i religijność tej cudownej ziemi. Alessandria była dla nich tylko tymczasową przystanią; jako młode małżeństwo opuścili swoją ziemię w poszukiwaniu pracy; pozostawili wiejską kulturę, z której, Bogu dzięki, tyle zaczerpnęli przez pokolenia... by udać się do Turynu, gdzie znajdowało się środowisko bardziej odpowiednie do kształtowania naszej pełnej ubóstwa młodości. Trafiliśmy do ruchliwej dzielnicy na peryferiach miasta, w której można było znaleść wszystko, ale szczególnie to, co było nam potrzebne najbardziej: małe oratorium księdza Bosco.

Jeśli mamy za coś dziękować Bogu, to przede wszystkim za to, że urodziliśmy się w autentycznej chrześcijańskiej wspólnocie. Kiedy myślę o moich rodzicach, o tym, co uczynili, by zrodzić nas do wiary, brakuje mi w końcu właściwych słów, żeby podziękować Panu za otrzymane dary. Byliśmy biedni, a zarazem szczęśliwi. Byliśmy zapomnianą rodziną, mieszkającą na peryferiach, i kochaliśmy się tak, że ośmielialiśmy się prosić Boga tylko o łaskę wysławiania Go na wieki...
U korzeni mego istnienia znajduje się duchowość salezjańska. Z nią związane są moje pierwsze doświadczenia duchowe. Jestem bardzo Bogu wdzięczny za ten salezjański rys w moim życiu. Orartorium uczyło mnie życia wedla wzoru księdza Jana Bosco i to w sposób tak prosty, że powiedziałbym - najbardziej odpowiedni dla kogoś, kto wywodzi się z ludu, bo lud przyswaja sobie dobrze fundamentalne wykształcenie bez zbyt wielu komplikacji.

Boże wezwanie jest czymś tajemniczym, czymś, co zdarza się pośród mroków wiary. Najczęściej ma ono głos tak delikatny i tak dyskretny, że musimy się wsłuchwiać całą ciszą naszego wnętrza, by je uchwycić. W moim życiu wezwanie takie dosłyszałem trzykrotnie.

Pierwsze wezwanie skłoniło mnie do nawrócenia, gdy miałem lat osiemnaście. Byłem wówczas nauczcielem, pracowałem na wsi. Z okazji Wielkiego Postu odbywały się misje ludowe. Wziąłem w nich udział i pozostało mi wspomnienie nauk staroświeckich i nudnych. Mogę powiedzieć, że na pewno nie były to słowa, które mogłyby wyrwać mnie ze stanu obojętności i grzechu. Ale gdy uklęknąłem do spowiedzi przed pewnym starym misjonarzem, którego jasne i pełne prostoty spojrzenie pamiętam, poczułem pośród ciszy panującej w mej duszy przejście Boga. Od tego dnia czułem się chrześcijaninem i stwierdziłem, że moje życie uległo przemianie.

Drugie Boże wezwanie doszło do mnie, gdy miałem dwadzieścia trzy lata. Myślałem wtedy o małżeństwie i nawet nie przypuszczałem, że mogłaby istnieć dla mnie jakaś inna droga życia. Spotkałem pewnego lakarza, który wiele mówił mi o Kościele i o tym, jak piękną jest rzeczą służyć mu całym swym życiem, nawet zostając pośród świata. Nie wiem, co się wówczas zdarzyło i jak to się stało, ale jest faktem, że gdy modliłem się w jakimś pustym kościele, do którego zaszedłem, by uciszyć natłok myśli krążących w mej głowie, posłyszałem ten sam głos, który znałem od czasu, gdy spowiadałem się u owego starego misjonarza. "Nie ożenisz się. Mnie oddasz swoje życie. To Ja będę twoją miłością na zawsze."

Wyrzeczenie się małżeństwa i poświęcenie się Bogu nie było dla mnie czymś trdunym, bo wszystko się we mnie zmieniło: wydawało mi się teraz czymś dziwnym zakochać się w dziewczynie, bo Bóg wypełniał moje życie. To były lata pełne pracy, pasji, spotkań, lata wielkich marzeń.

Kiedy poznałem Włoską Młodzież Akcji Katolickiej (GIAC), dałem się porwać jej ideałom, które wówczas nazywaliśmy apostolatem, i myślałem o tym, by przemienić świat za życia jednego pokolenia: właśnie mojego... Dla mnie GIAC stała się małym Kościołem, który pomógł mi zrozumieć duży Kościół. Ujęła mnie za rękę, szła razem ze mną, karmiła mnie Słowem, podarowała mi przyjaźń, nauczyła walczyć, pozwoliła poznać Chrystusa; mnie, żywego, włączyła w pewną żywą rzeczywistość. Jakże wielką pomocą była dla mnie wspólnota, którą wtedy znalazłem ! Dała mi ona właśnie to, czego nie mogła już mi dać moja, zbyt już stara rodzina. Akcja Katolicka przymusiła mnie do nowej katechizacji, bardziej dojrzałej, odpowiadającej naszym czasom, wpoiła mi wielką ideę apostolatu świeckich i ukazała mi Kościoła jako Lud Boży, a nie jako zwyczajną i przestarzałą klerykalną piramidę.

Minęło wiele lat i wiele też razy dziwiłem się, że na modlitwie proszę o to, by znów usłyszeć Głos, który był dla mnie tak ważny. Miałem czterdzieści cztery lata, gdy się to znów zdarzyło; było to najważniejsze wezwanie mojego życia: powołanie do życia kontemplacyjnego. Zrodziło się ono w głębinach wiary, pośród absolutnych ciemności, tam gdzie ludzkie siły na nic się nie zdadzą. Tym razem miałem powiedzieć "tak", choć niczego nie rozumiałem: "Zostaw wszystko i chodź ze Mną na pustynię. Nie pragnę już twego działania, chcę tylko twojej modliwy i miłości". Ktoś, kto widział mnie wyruszającego do Afryki, mógł pomyśleć o kryzysie, zniechęceniu i rezygnacji, ale nic bardziej błędnego: z natury jestem pełnym nadziei optymistą i nie wiem, co to zniechęcenie i rezygnacja z walki.

To powołanie było decydujące. I nigdy nie rozumiałem go tak wyraźnie, jak owego wieczoru, podczas nieszporów w wigilię świętego Karola Boromeusza w roku 1954, gdy odpowiedziałem "tak" na wezwanie Głosu: "Chodź ze Mną na pustynię". Istnieje coś ważniejszego niż twoje działanie: jest tym twoja modlitwa; istnieje też siła skuteczniejsza od twoich słów: jest nią miłość !
I wyruszyłem na pustynię. Wstąpiłem, nawet nie przeczytawszy ich reguły, do Zgromadzenia Małych Braci Jezusa. Nie znając Karola de Foucauld, ruszyłem jego śladem. Wystarczyło, że usłyszałem Głos, który powiedział: "To jest twoja droga".
Wędrując z Małymi Braćmi pustynnymi ścieżkami, odkryłem dobroć tej drogi. idąc śladami ojca de Foucauld, przekonałem się, że właśnie to jest moim życiem. Lecz Bóg powiedział mi o tym już wcześniej - w wierze !