[...] W naszych czasach zauważamy dominację niewidzialnego nad widzialnym, nie ujawnionego nad ujawnionym. I tu mali bracia, widzę Waszą rolę profetyczną. Ta profetyczna rola to potwierdzenia własnym życiem, jak wielką wartość posiada świadczenie o miłości Jezusa wśród ludzi, już nie przez wielkie środki widzialne, lecz przez niewidzialne lub prawie niewidzialne, jak zwykła obecność miłości braterksiej wśród ubogich i opuszczonych.
Takie niewidzialne lub prawie niewidzialne świadectwo ma zasadnicze znaczenie. Oczywiście, świadectwo to istniało zawsze, mimo że nie rozpoznawano go ani nie przyznawano mu właściwej wartości. I wydaje mi się, że do Was, właśnie do Was, należy dawanie życiem stanowczego świadectwa miłości ewangelicznej, ze względu na nią samą, jak i na właściwą jej wartość.
Czego ludzie pragną przede wszystkim ? Czego potrzebują ? Otóż chcą być kochani, chą, by ich uznawano, traktowano jak ludzi, aby szanowano wszystkie wartości, które jako osoby posiadają.
Dlatego też nie wystarczy powiedzieć im: "kocham was". Nie wystarczy też praktykowanie wobec nich dobroczynności. Trzeba z nimi być, przebywać wśród nich w najgłębszym znaczeniu tego słowa.
Powiedziałem, że chodzi tu o świadectwo niewidzialne lub prawie niewidzialne. Wyjaśnie najpierw to drugie określenie - prawie niewidzialne... Określam w ten sposób świadectwo wobec ludzi dochodzące do nich przede wszystkim przez nieświadomość.
Świadectwo to dawane jest przez znaki, lecz są to znaki, ledwo dostrzegalne, które wpisują się w nieświadomość w o wiele większym stopniu niż w świadomość. jedno spojrzenie, gest, uśmiech zaufania, a ponadto jeszcze sposób słuchania albo też sposób niezwracania uwagi na pewne sprawy. Można by to nazwać mikroznakami.
Ci, którzy oddali się w pełni Bogu, promieniują rodzajem "aury" kontemplacyjnej. Widzą oni Jezusa w bliźnim. I to się liczy. Ta "aura" przemienia sprawy drobne w mikroznaki zbawczej miłości (bez niej byłby jedynie banalnymi objawami ludzkiego koleżeństwa, solidarności i przyjaźni, które zresztą w porządku naturalnym są czymś pięknym). I właśnie "aura" - nieuchwytna dla zmysłów - dociera w sposób niewidzialny w pewnym momencie do serca tego, którego kochamy. Kiedy to następuje ? Kto to może wiedzieć ? Sami tego uchwycić nie potrafimy.
Dodajmy jeszcze, że zasadniczą cechą charakteryzującą te wspomniane przeze mnie znaki jest to, że są one zupełnie niezamierzone. To znaki egzystencjalne. Intencjonalne ich poszukiwanie oznaczałoby dla nich zniszczenie. Do ich istoty należy nieświadome ich wysyłanie, jak i przyjmowanie. Jeśli ktoś słuchałby jakiegoś nudziarza, nie skąpiąc mu oznak szczególnego zainteresowania, a pragnąc w ten sposób dać mu przykład i pokazać, jak dobry jest chrześcijanin, uciekałby się do wielkiego znaku i prawdopodobnie miałby powołanie do Opus Dei, lecz z całą pewnością nie do małych braci.
Świadectwo, o którym mówię, świadectwo prawie niewidzialne, przekazywane przez mikroznaki i przez "aurę" miłości kontemplacyjnej, zajmuje mnie w sposób szczególny, gdyż daje się je wobec ludzi.
Jest rzeczą pewną, że samo w sobie świadectwo to jest czymś drugorzędnym w porównaniu ze świadectwem absolutnie zasadniczym, jakim jest świadectwo niewidzialne dawane Bogu i aniołom: nazwałbym je czystą miłością, czystym cierpieniem, przez które dusza uzyskuje to, czego "nie dostaje cierpieniom Chrystusa", gdy chodzi o zastosowanie w czasie, i bierze udział w dziele Odkupienia i Śmierci na krzyżu.
Jakość życia apostolskiego, realizowanego w codziennej rzeczywistości chrześcijanina, jest ściśle związana ze świadectwem niewidzialnym i ze świadectwem prawie niewidzialnym. Świadectwo niewidzialne jest istotną cechą kontemplacji wlanej, a prawie niewidzialne - czynnikiem jakby "przelewania się" tej kontemplacji. Nie ma w tym nic z tego, co potocznie nazywamy działalnością apostolską związaną z przekazywaniem słowa Bożego za pomocą słowa ludzkiego, ani też nie chodzi o trudy związane z nauczaniem, kaznodziejstwem, oświecaniem i nawracaniem.
Pod tym względem mały brat Jezusa zajmuje takie samo miejsce jak karmelitanka i kartuz, których życie kontemplacyjne (poprzez miłość współodkupieńczą) stanowi niewidzialne świadectwo (oczywiście nie przez tzw. mikroznaki, lecz przez ofiarę złożoną w chwili zamknięcia się za klauzurą) oraz prawie niewidzialne świadectwo miłości Boga względem ludzi. Jednakże w innym odniesieniu i na skutek innej specyficznej cechy charakterystycznej swego powołania, również absolutnie podstawowej, mały brat różni się od karmelitanki i kartuza. Można to zauważyć porównując sam sposób życia i jego organizację u jednych i u drugich. Mali bracia Jezusa nie odcinają się od świata, a wprost przeciwnie - wchodzą w jego nędzę. I już nie mury chronią ich kontemplację miłości, lecz wymagania stale oczyszczanej miłości bliźniego. Łączą się z Jezusem, Bogiem i Człowiekiem, stają przed Nim jako przedstawiciele ludzkości i ofiarowują swój współudział w dziele odkupienia dusz przez Jego Krew.
Mówiłem o świadectwie prawie niewidzialnym i świadectwem niewidzialnym. Czy nie ma tu sprzeczności ? Czyż w każdym świadczeniu jako takim nie powinno być czegoś wyraźnie widzialnego ? Tak, niewątpliwie. Ten widoczny element był silnie manifestowany w życiu i pełnym rozwoju wielkich zakonów monastycznych (już nie mówię o habicie zakonnym, który również jest ważny, choć "nie habit czyni mnicha").
U małych braci Jezusa ten element widzialny wobec ludzi również istnieje. Jest jakby bardziej przytłumiony, zagadkowy. Elementem widzialnym jest po prostu ich obecność, którą urzeczywistniają, ich wspólne przebywanie z ubogimi, miejsce, które wybrali pośrodku świata i w środku nędzy świata. Nie noszą oni habitu zakonnego, z wyjątkiem kaplicy, nie mieszkają w wielkich twierdzach, za których murami zakony chronią swe ubóstwo. Widzialność świadectwa to po prostu ich obecność, ich Dasein ("bycie tu"), ich życie wspólne z ludźmi.
Czego więc wymaga się od nich, aby ich świadectwo stało się widzialne ?
Oto po prostu, żeby byli wśród ludzi, przede wszystkim wśród ubogich i opuszczonych, którzy są w szczególny sposób przyjaciółmi Jezusa, oraz żeby dzielili z nimi warunki ich życia.
A następnie podjęcia prostych, towarzyskich relacji z ludźmi, podjęcia przyjaźni i ludzkiej solidarności, w których uczestniczyliby jak wszyscy ludzie, wszyscy prości i ubodzy ludzie, pośród których żyją. Ale nade wszystko wymaga się od nich pracy ze wszystkimi powiązaniami, które z niej wynikają, pracy fizycznej dla zarobku na chleb powszedni. Praca ta na ogół nie musi być wyspecjalizowana czy najlepiej wynagradzana, lecz wprost przeciwnie, taka z jakiej żyją wszyscy dookoła, a szczególnie najbardziej pokrzywdzeni.
I to właśnie, wydaje mi się, stanowi element widoczny, za którym kryje się istota ich życia: miłość kontemplacyjna, spełnienie wymagań prawdy przez miłość. A posłannictwem ich jest uobecnianie tej miłości w świecie i wśród ludzi, szczególnie wśród tych, którzy nie znają Chrystusa i którzy żyją z dala od światła Kościoła.
Czyż właśnie nie do tego wzywa ich nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu ? Tak jak Jezus - Bóg i Człowiek - jest obecny wśród nas pod postaciami eucharystycznymi, które Go w tajemniczy sposób kryją, tak i kontemplacja wraz z miłością braterską, cierpienie wraz z miłością odkupieńczą, spełnienie wymagań prawdy - która jedynie przez swoją obecność dopomaga innym w tym samym, pod warunkiem, że tego będą pragnąć i na miarę ich możliwości - cała istota życia, życia łaską, tajemniczo jest zawarta i ukryta pod widzialną postacią ludzkiego istnienia, najbardziej ubogiego i zwyczajnego, opartego na ludzkiej pracy, najuboższej i najzwyklejszej.
I w tych warunkach życia kontemplacyjnego, cichej i gorącej modlitwy, braterskiej modlitwy pośrodku świata i pracy ludzkiej, mieści się pierwszy moment fukcji apostolskiej małych braci Jezusa w znaczeniu szerokim. Innymi słowy, ten "który spełnia wymagania prawdy" według słów Chrystusa, jest jakby zdany na samą miłość bez prowadzenia życia aktywnego pod jakąkolwiek postacią - choćby najwznioślejszą. Równocześnie są oni jakby zobowiązani do maksymalnej wydajności temu życiu właściwej.
W ten sposób mali bracia uobecniają miłość Jezusową i "uaktywniają" ją (w sposób tajemniczy, egzystencjalny) w krajach niechrześcijańskich, w środowiskach ludzi, którzy zupełnie nie znają Chrystusa, jak muzułmanie, hindusi, buddyści, ateiści, marksiści itp., a którzy jednak należą do Chrystusa, Sprawcy rodzaju ludzkiego, i o których sądzimy, że mogą w sobie mieć Jego łaskę i w sposób niewidzialny należeć do Kościoła. Stanowi to ogromny postęp w świadomości chrześcijańskiej. Ta przynależność do Kościoła nie jest czymś wyjątkowym ani nadzwyczajnym przywilejem. Wynika ona ze zwykłych praw, na których podstawie uczniowie Jezusa płacą razem z Nim nieskończonymi Jego zasługami za zbawienie tych, którzy Go nie znają, a nawet decydują się Go odrzucić.
Ubogie, drobne, pszeniczne ziarno chrześcijańśtwa wrzucone w ziemię, aby tam obumrzeć. A jednak życie wieczne, które w sobie zawierają, nie ginie w ziemi suchej i wrogiej, gdzie Bóg jest nieobecny.
I właśnie w świadectwie składanym przez małych braci Jezusa mieści się ta wyjątkowa specyfika. Mieszkają wśród niechrześcijan, aby wykazać, że tych niechrześcijan, których kochają prawdziwie po bratersku, kocha Bóg, i że oni również mogą mieć życie wieczne i być zbawieni. A jeżeli mają życie wieczne i są zbawieni, to przez łaskę Chrystusa Zbawiciela i przez niewidzialną przynależność do Jego Kościoła, do Jego mistycznego Ciała, do Ludu Bożego.
Te wszystkie małe wspólnoty rozsiane po świecie świadczą o ogromie Ciała Chrystusowego.
Widać z tego, że takie powołanie zakłada umiłowanie prawdy do szaleństwa i wierność prawdzie wiary, prawdzie teologicznej, prawdzie filozoficznej. Wierność ta winna być tym bardziej niezachwiana, że trzeba z jednej strony zachować w sobie światło chrześcijańskie w całej jego pełni, a z drugiej strony równocześnie kochać we właściwej perspektywie opatrznościowej, jak też dobrze zrozumieć i właściwie ocenić ogrom wartości ludzkich powstałych w zupełnie innym klimacie niż chrześcijańśtwo, nieraz nawet skierowanych przeciwko niemu.
Wydaje mi się, że nie ma nic piękniejszego dla małego brata Jezusa, niż stawać się narzędziem, którym Bóg się posługuje, aby np. jakiś muzułmanin żył w łasce Chrystusowej i umierał w Chrystusie, nie przestając być muzułmaninem. W wypadku takim nie doszło do przekazania dobrej nowiny ewangelii za pośrednictwem słów; nie było nawrócenia; nie założono Kościoła rozszerzającego widzialne mistyczne Ciało Chrystusa, Królestwo Boże. Ten muzułmanin jednakże, zbawiony przez łaskę Chrystusa, ukazuje w największym stopniu wypełnienie powołania małego brata Jezusa. I wystarczyłoby, aby ów mały brat wyśpiewał hymn radości, gdyby mógł to zobaczyć, lecz to są właśnie sprawy, których się nie widzi.
Podkreślam ten przykład, gdyż chciałem uwypuklić, że miłość bliźniego w powołaniu kontemplacyjnym, realizowanym pośrodku świata, nie ma nic z podstępu, który miałby oswoić bliźniego, aby ten właściwie przyjął księdza lub misjonarza. Miłość braterska w Jezusie, przez Jezusa i dla Jezusa nie może być wykorzystywana dla innych celów. Bliźniego kocha się takim, jaki jest tu i teraz, jakim go Bóg i pokolenia ukształtowały, kocha się całkowicie bezinteresownie i w pełnej wolności, pragnąc jego dobra, zarówno wiecznego, jak i doczesnego.
Aby uniknąć nieporozumień, należy podkreślić, że najważniejszym rysem powołania małych braci Jezusa i sposobu uobecniania wśród ludzi miłości ewangelicznej jest coś ukrytego, całkowicie ukrytego w Bogu.
Przyjaźń z ludźmi, gdy się pogłębia, jest po prostu przelaniem się, łaską darmo daną. Czytając zapiski małych braci spostrzega się czasami, że ta lub inna wspólnota cieszy się przyjaźnią sąsiadów, rodzin, osiedla. To wszystko jest na pewno wielkim dobrem, pewnym nadmiarem, uśmiechem Boga, zachętą, lecz nie stanowi zasadniczego elementu powołania małych braci i nie musi występować.
Przypomnijmy sobie to, co mówiłem wyżej o "mikroznakach", tj. o tych skutkach właściwych życiu kontemplacyjnemu, miłości braterskiej realizowanej pośrodku świata. Te mikroznaki ukazują w pewnym stopniu ludziom świadectwo tej miłości. Są one uchwytne dla nieświadomości człowieka, bo do niej właśnie docierają i przez nią wnikają w niego. Do świadomości ludzi zwykle nie docierają.
I chodzi tu o dusze, która wysyła mikroznaki, sama nie będąc tego świadoma i nie widząc, czy i jak są one akceptowane przez bliźniego. Pod tym względem tkwi ona w ciemności.
Fizyk potrafi uchwycić działanie mikrocząsteczek świata jedynie za pośrednictwem przyrządów. Jednakże o działaniu mikroznaków miłości braterskiej mówi nam trochę jedynie wiara, wiara czysta i ogołocona. I wiara ta wcale nie pozwala nam na uchwycenie ich działania, wcale nie ujawnia, czy i w jaki sposób to działanie się odbyło w danym momencie. Wiara jedynie ogólnie zapewnia nas, że takie działanie istnieje.
I tu ujawnia się, do jakiego stopnia powołanie małych braci Jezusa jest powołaniem wyrzeczenia się. Nie tylko bowiem z góry wyrzekli się osiągnięcia jakichkolwiek rezultatów, czegoś, co dawałoby im namacalny dowód efektywności ich życia. Ponadto w tym, co dotyczy świadectwa samej miłości, którą wnoszą między nas, nic nie pozwala zobaczyć, czy ono zostało rzeczywiście przyjęte. Muszą do końca pozostać w nocy wiary.
/ Jacques Maritain,
O powołaniu małych braci Jezusa /