Modlitwę Jezusową nazywa się też modlitwą serca. Właściwie każda modlitwa powinna być - albo przynajmniej stawać się - modlitwą serca. Dotyczy to specjalnie Modlitwy Jezusowej, a to ze względu na szczególne miejsce, jakie zajmuje w niej serce.
Zauważmy po pierwsze, że "serce" nie ma tutaj tego samego znaczenia, co w dzisiejszym języku. Nie ma nic wspólnego z zewnętrznymi odczuciami. W tradycji Kościoła wschodniego, która czerpie z Biblii, serce tak z fizycznego, jak i z duchowego punktu widzenia, jest najważniejszym ludzkim organem. Jest też miejscem kontaktu z Bogiem. To tutaj, w głębi serca, kryje się Boże życie. W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy:
Serce jest mieszkaniem, w którym jestem, gdzie przebywam (według wyrażenia semickiego lub biblijnego: gdzie "zstępuję"). Jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania, albowiem nasze życie, ukształtowane na obraz Boży, ma charakter relacyjny: serce jest miejscem przymierza. (KKK 2563)
W raju człowiek żył w swoim sercu. Był w harmonii z Bogiem i między jego intelektem a uczuciami istniała pełna zgodność. Następstwem grzechu jest rozpad i zniszczenie jedności w ludzkiej istocie. Człowiek stracił swoje centrum, a w konsekwencji zanurzył się w tym, co zewnętrzne. Harmonia raju, dana nam, do której jesteśmy stworzeni, została utracona. Myśli, obrazy, pragnienia i uczucia kłócą się teraz ze sobą i trudno nam zwrócić całą naszą istotę ku Bogu. Choć dusza w swej głębi boleśnie tęskni za Nim, to jednak na powierzchni aż roi się od wielkich pożądań, które nieustannie mówią "nie". To rozdarcie ma miejsce w głowie, w której myśli i obrazy "krążą dookoła jak płatki śniegu albo jak roje komarów latem" (Teofan Pustelnik, 1815-1894)
Antropologia prawosławna ostro podkreśla rozdarcie między głową a sercem u upadłego człowieka. Grzech stwarza chaos. Jednośc i harmonia, które panowały między sercem (tą zdolnością, przez którą czujemy i doświadczamy Boga), a głową (zdolnością rozumowania i zmysłowego doświadczenia świata zewnętrznego) - są przerwane. Integralność człowieka, jego pełnia, polega na harmonijnej relacji między tymi dwoma biegunami, gdzie rozum podporządkowuje się sercu. Jedynie żyjąc coraz głębiej w prawdzie o sobie i zanosząc tę prawdę przed oblicze Boga, możemy dojść do jedności w sobie samych.
Dlatego duchowi pisarze Kościoła prawosławnego wciąż od nowa powtarzają, że w modlitwie ważne jest porzucenie głowy i zatopienie się w sercu. Nie jest to tylko i wyłącznie proces duchowy. Określenie "serce" oznacza też fizyczny organ, mający swoje konkretne miejsce w naszym ciele "blisko lewej brodawki piersiowej, nieco wyżej od niej", jak powiada Ignacy Brianchaninow (1807-1867). Serce z ciała samo w sobie jest symbolem serca duchowego. Stąd szukanie serca ma aspekt cielesny i duchowy. Wsłuchiwanie się w bicie serca ułatwia dojście do duchowego centrum. Jednak może nam w tym pomóc całe ciało, jeżeli będziemy próbowali być świadomie w nim obecni i powierzali je Bogu, nie trwając we własnych napięciach. "Serce moje i ciało radośnie wołają do Boga żywego" (Ps 84,3).
Można by sądzić, że to zatopienie się we własnym sercu jest naturalną konsekwencją monotonnego recytowania Modlitwy Jezusowej. W takim razie najlepiej by było jak najmniej koncentrować swoje myśli na treści formuły modlitwy, a poprzestać na mechanicznym powtarzaniu, które automatycznie wywoła pożądany rezultat. Jednak, jak już wspomniałem, Ojcowie Kościoła zgodni są co do tego, że pełnię uwagi należy skupić na znaczeniu słów. Nie chodzi bowiem o zaniechanie rozumowania, ale o zatopienie się w sercu wraz z umysłem. Właśnie dzięki tej uwadze przywracamy harmonię między głową a sercem.
Wyróżnia się trzy stopnie rozwoju modlitwy. Z początku jest to najczęściej tylko modlitwa warg. Kiedy język powtarza słowa, myśli nadal krążą bezładnie. Kiedy uda ci się wytrwać przy sensie słów, to przeszedłeś do drugiego stopnia: modlitwy umysłu. Tutaj otwiera się już pierwsza forma jedności: dzięki świadomemu powtarzaniu wciąż tych samych słów, myśli przestają krążyć dokoła, a umysł koncentruje się na ich znaczeniu. Kiedy stopniowo wnikasz w to znaczenie całą swoją istotą, a nie tylko umysłem, a równocześnie w czasie modlitwy szukasz miejsca dla swego serca, może się zdarzyć, że po jakimś czasie doświadczysz, jak modlitwa zatapia się w sercu. To jest trzeci stopień. To zstępowanie rzeczywiście trzeba pojmować dosłownie: chodzi tutaj tak o fizyczny, jak i duchowy ruch od głowy ku sercu. Niektórzy już przy pierwszej próbie czegoś z tego przejścia doświadczają.
W pewnej mierze cały rozwój duchowy, szczególnie u nas, wychowanych w kulturze zachodniej, polega na owym przejściu od głowy do serca. Odwrócenie się do Boga sprawiło, że nasze centrum przenieśliśmy do sfery intelektualnej, gdzie mamy wrażenie, że jesteśmy panami rzeczywistości i sami możemy rządzić i działać. W sercu stajemy się mniej pewni siebie i bardziej zależni, ponieważ tam spotykamy rzeczywistość, która przerasta nasze pojmowanie. Tam wzrasta potrzeba zwrócenia się do kogoś. Jest wielkim darem znać tego "kogoś" po imieniu.
Kiedy umysł raz powrócił do miejsca, z którego wyszedł, chętnie tam wraca. Nie zdoła oczywiście od razu uwolnić się od codziennego przyzwyczajenia błądzenia po wewnętrznej pustyni, któą stanowi wyłącznie wiedza intelektualna. Jednak w każdym razie czuję rosnącą tęsknotę powrotu do serca, które rozpoznaje jako swój prawdziwy dom. Ten początkowo chłodny i oschły umysł coraz bardziej poddaje się wpływom mądrości serca. Wzbogaca się w zmysł duchowy i zyskuje wrażliwość na sprawy Boże. Jednak serce ubogaca się też, gdy umysł zajmuje należne mu miejsce, staje się sercem widzącym i rozumiejącym.
Nie wystarczy wejść w swoje ręce. Ono jest nieskończoną przestrzenią, w którą możemy wnikać coraz głębiej. Modlitwę Jezusową można porównać do wiertła. Przenika ono przez wszystkie skostniałe i bezowocne warstwy naszej psychiki, poszukując wody znajdującej się w głębi. Ponieważ woda ta jest wodą żywą, o której mówi Jezus (J 4,10), życiem Ducha, który w swojej istocie jest nieskończony, poszukiwanie zaczyna się naprawdę wówczas, kiedy znalazło się to, czego się szukało. Kiedy zatapiamy się w sercu, nigdy nie dochodzimy do kresu.
"Wiem, że tego źródła bez dna nikt nie zgłębił, by dojść do kresu" (św. Jan od Krzyża).
/ Wilfrid Stinissen, Imię Jezus jest w tobie. O modlitwie nieustannej /