Strona główna


Humor


NARZECZENI W KANCELARII

- Dzień dobry! - powiedzieli niemal równocześnie na mój widok, gdy w "pełnym umundurowaniu" (czyli w sutannie zapiętej na wszystkie guziki od podłogi po szyję) otwarłem im drzwi plebanii.

(Tak nawiasem mówiąc, nigdy mi się "dzieńdoberek" nie podobał, bo niby skąd wiadomo, że ten dzień jest dla pozdrawianego dobry? A w dodatku czy już rzeczywiście jesteśmy tak daleko, że nie należy nawet w oficjalnym spotkaniu z duszpasterzem chwalić Pana Boga?).

- Zapraszam do środka, proszę usiąść - powiedziałem do młodych w miarę serdecznie. - Czy mogę państwu służyć ?

- My w sprawie ślubu - powiedziała narzeczona (bo równouprawnienie kończy się obecnie tym, że pani wyręcza pana - pewnie tak na wszelki wypadek, żeby czegoś głupiego nie powiedział.) - Ile ten "gips" kosztuje ?

Wstrząsnęło mną: "Gips ?" Ja im zaraz pokażę, gdzie raki zimują !

Spokojnie sięgnąłem na półkę, gdzie leżała książka telefoniczna i zacząłem w niej czegoś szukać. Osiągnąłem dość szybko zamierzony efekt, gdyż młodzi się zaniepokoili i nawet sam narzeczony się odezwał:

- Czego pan ksiądz szuka w tej książce telefonicznej ?

Nie chciałem go trzymać w niepewności (młodzi są dziś tacy wrażliwi, a jeszcze z okazji ślubu !), więc odpowiedziałem od razu:

- Wiecie, ja tu jestem od kilku dni i dopiero niedawno skończyłem seminarium; dlatego nie bardzo się orientuję w cenach. Szukam numeru do GS-u (tu wyjaśnienie dla młodych Czytelników: to były Gminne Spółdzielnie zajmujące się także sprzedażą materiałów budowlanych) i zaraz dowiemy się, ile teraz biorą za gips, bo nie chcę państwa wprowadzać w błąd.

Ślub zawarli w innej parafii.

/ ks. Aleksander Radecki, Radość w codzienności/