Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo,
ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. (J 12, 24)
POCZĄTEK DROGI
Marta Robin urodziła się 13 marca 1902 r. w Châteauneuf-de-Galaure, kilkadziesiąt kilometrów na południe od Lyonu. Tam, w swej rodzinnej wiosce, spędziła całe swoje życie. Jej młodość była zwyczajna: była po prostu córką chrześcijańskiej, chłopskiej rodziny. Od dzieciństwa była wątłego zdrowia. Najbliżsi zapamiętali ją jako dziecko bardzo pogodne i pobożne. Lubiła śmiać się, żartować, tańczyć i modlić się. Od dzieciństwa cechowała ją niezwykła cześć dla Maryi, o której mówiła często: moja Mama. Po latach mówiła o sobie: Zawsze bardzo kochałam Dobrego Boga.
Wcześnie stanęła wobec doświadczenia cierpienia. Od 1918 r. choroba powoli unieruchamiała ją. Wzrost duchowy Marty dokonujący się w zmaganiu z cierpieniem, doprowadził ją do całkowitego ofiarowania się Bogu. Zostało ono wyrażone w 1925 r. w "akcie zawierzenia Miłości i Woli Bożej": Panie, mój Boże, poprosiłeś o wszystko swoją małą służebnicę; weź więc i przyjmij wszystko. W tym dniu zdaję się na Ciebie bez reszty i bezpowrotnie. (...) O, Ukochany mej duszy, słodki Jezu, tylko Ciebie jednego chcę... i dla Twojej Miłości wyrzekam się wszystkiego... Obym nie miała już innych myśli, chęci, pragnień, zainteresowań, radości ni cierpień, jak tylko Twoje... Akt ten uroczyście złożyła 15 października, w dzień św. Teresy. Nawiązała w ten sposób do swego wcześniejszego pragnienia, by być karmelitanką, niemożliwego do realizacji ze względu na stan zdrowia. Słowa te wcielała w życie w różny sposób, m.in. odstępując komuś innemu miejsce w pielgrzymce do Lourdes. Pielgrzymkę tę Marta traktowała jako ostatnią szansę na odzyskanie sił. Nie pojechać tam znaczyło dla niej zrezygnować z nadziei na uzdrowienie.
Od lat znane jej bóle reumatyczne wzmagały się. W czasie kolejnego ataku choroby, gdy przekonana już była o bliskiej śmierci, ujrzała św. Tereskę od Dzieciątka Jezus. Otrzymała wybór: albo pójść do nieba natychmiast, albo przyjąć misję wynagradzania za grzechy, cierpiąc w jedności z Chrystusem w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Wybrała cierpienie...
Gdy miała 26 lat jej nogi zostały całkowicie sparaliżowane, niecały rok później nastąpił paraliż rąk i całego ciała, aż po zanik odruchu przełykania. Unieruchomiona leżała w łóżku przez pięćdziesiąt lat, cierpiąc w sposób, który trudno sobie wyobrazić. W 1930 roku przeżyła swoistą wizję, w której ukazał się jej ukrzyżowany Chrystus. Otrzymała wówczas jakby strzały miłości, które odcisnęły na niej stygmaty. Od tego czasu każdego piątku przeżywała Mękę Chrystusa. W uroczystość Ofiarowania Pańskiego 1932 r. straciła czucie w rękach i nogach. Od tej pory, aż do śmierci, leżała na nogach, zgiętych w kolanach.
DROGA KRZYŻOWA
Przez 50 lat Marta Robin nie mogła nic jeść i pić z powodu zaniku odruchu przełykania. Przez cały ten czas właściwie nie spała. W liście do Boga napisała: Pragnę tylko Ciebie i dla Twej miłości wyrzekam się wszystkiego. Przyjmij ofiarę mnie samej dla nawrócenia grzeszników i dla uświęcenia dusz. Ból, który wywoływało światło zmusił ją do przebywania w ciemnym pokoju.
Tam przeżywała Mękę Chrystusa. W każdy piątek umierała razem z nim i aż do niedzieli wydawała się martwa. Była wtedy "nieobecna" dla otoczenia, przeżywając poszczególne etapy Męki. W ciągu pozostałych dni tygodnia na jej czole pozostawały nieraz ślady zaschniętej krwi. Jej rozwój duchowy oraz zażyła więź z Bogiem płyną nie z samego faktu cierpienia, ale z tego, że umiała je uczynić ofiarą. Mówiła: Cierpienie jest wielkie pod warunkiem, że potrafimy cierpieć w sposób święty. Cierpienie nabiera wartości takiej, jaką mu nadaje ten, kto cierpi. Obyśmy nie cierpieli na próżno, to zbyt smutne... Obyśmy cierpieli dla Boga i dla dusz...
Wychowana na wsi, gdzie liczyła się przede wszystkim praca fizyczna, przeżywała bardzo swą "bezużyteczność". Ostatnim sposobem zarabiania na życie było dla niej wyszywanie. Dzień pożegnania się z igłą i naparstkiem (konsekwencja paraliżu rąk) był też chwilą cierpienia i ofiary. Po latach mówi o różnych możliwościach bycia przydatnym: Jedna rzecz pozostaje zawsze: dać trochę pokoju, odwagi, nadziei, wywołać uśmiech, wszystko to jest delikatną pracą i nie trzeba być sprawnym fizycznie, nie trzeba mieć dobrego zdrowia, aby to czynić.
Marta straciła władzę w nogach, w rękach, nie jadła, ani nie piła, nie spała. Pozostał jej jedynie wzrok. I oto we wrześniu 1939 roku zapytała swego duchowego ojca o pozwolenie na ofiarowanie ich Zbawicielowi. Choć niechętnie kapłan wyraził zgodę i wkrótce Marta rzeczywiście utraciła wzrok. Marta ofiarowała swe oczy, aby dzielić ciemności, które zwaliły się na świat wraz z II wojną światową i by w ten sposób go ratować.
Marta nie pozwalała na to, by ból zamykał ją w sobie. Była otwarta dla wszystkich, którzy pragnęli się z nią spotkać. W swoim pokoju przyjmowała ludzi, którzy przychodzili po pocieszenie i radę. Spotkanie z Martą, trwające przeciętnie kilka minut, szybko i niepostrzeżenie przechodziło w duchowe porozumienie. Miała niezwykłą pamięć i była bardzo wierna obiecanej modlitwie. Po latach pamiętała intencje zgłoszonych jej modlitw i pytała o los tych, za których się modliła. Pomagała też ludziom, organizując m. in. paczki dla więźniów, a później także dla Ognisk w Trzecim Świecie.
"KTO SPOŻYWA MOJE CIAŁO I KREW MOJĄ PIJE NIE UMRZE NA WIEKI"
Marta nie mogła przełknąć nawet kropli wody, a jednak przyjmowała Komunię św. Był to jej jedyny pokarm przez ponad pół wieku. Jakiekolwiek oszukaństwo w tym względzie zostało wykluczone przez wielu lekarzy, którzy z wielką skrupulatnością czuwali nad nią i badali jej zachowanie. Marta przyjmowała Komunię św. w sposób nadzwyczajny. Wystarczyło przybliżyć Hostię do jej warg, a opłatek sam znikał w jej ustach. Księża twierdzili, że Hostia dosłownie wyrywała się im z palców. Sama Marta mówiła o tym: Hostia wnika we mnie, lecz ja sama nie wiem, jak. Eucharystia nie jest zwykłym pokarmem. Za każdym razem, nowe życie we mnie się wlewa. Jezus jest w całym moim ciele, jakbym zmartwychwstawała. Komunia jest czymś więcej, niż zjednoczeniem: jest stopieniem się w jedno
Wbrew pozorom dziwaczności, zjawisko mówi wiele o wzajemnej relacji Marty i Chrystusa. Hostia, wyrywająca się z rąk kapłana, to przecież sam Chrystus, dążący w pośpiechu na spotkanie ze stworzeniem, które umiłowało Go ponad wszystko i oczekuje na Niego z wielką tęsknotą.
OJCIEC DUCHOWY
Żaden z proboszczów, następujących po sobie w Château-neuf-de-Galaure nie otrzymał charyzmatu zapewnienia kierownictwa duchowego mistyczce. Czuli się nieswojo wobec niej i obawiali się takiego obowiązku. Jezus obiecał jej, że otrzyma kierownika duchowego według Jego Serca, musiała więc uzbroić się w cierpliwość.
Na ojca duchowego Marty Bóg wybrał Ojca Finet. Pochodził on z Lyonu i pełnił już ważne funkcje, gdy Marta pod natchnieniem Boga poprosiła by do niej przyjechał i przywiózł jej obraz, który przedstawiał Maryję jako Pośredniczkę. Kiedy go spotkała natychmiast zapytała, czy mógłby przy niej zostać. Kapłan powiedział później o tym zdarzeniu: Sądziłem, że zanoszę obraz Najświętszej Panny, w rzeczywistości, to Ona mnie niosła.
Ojciec Finet przyjechał do Chateauneuf w 1933 r. i zaraz Marta przekazała mu wolę Boga w sprawie założenia Ogniska Miłości. Celem tego Ogniska było urządzanie rekolekcji, by nauczać chrześcijan i dawać im głębszą formację duchową. Ojciec Finet rozpoczął to dzieło i kontynuował je przez całe życie.
OGNISKA MIŁOŚCI
W 1933 r. Marta miała ciąg wizji, w których Chrystus sprecyzował, czego od niej oczekuje. Tak o tym opowiedziała: Jezus mówił mi o wspaniałym dziele, jakie chciał zrealizować tutaj na chwałę Ojca dla wzrostu Swego Królestwa w całym Kościele i dla odrodzenia całego świata, poprzez religijne pouczenie, jakiego by tu udzielano... Dla tego dzieła miałam się oddać szczególnie pod kierownictwo kapłana, którego od wszystkich czasów On znalazł i wybrał w Swoim sercu. Jemu miał dać pewnego dnia współpracowników wiernych i oddanych, aby rozgrzeszali, pouczali i karmili dusze i poprowadzili do Jego miłości. To miało być: coś nowego, dzieło, w którym wszystkie członki będą święte, promieniujące przykładem nadprzyrodzonego życia i stale działające z miłością... Maryja będzie w nich Królową kochaną i słuchaną. To ognisko, znane w najodleglejszych miejscach ziemi, będzie schronieniem w wielkich ludzkich nędzach dla niezliczonych grzeszników.
Plany pierwszego Ogniska powstały już w 1939, lecz sama budowa została zakończona w 1945. Uroczystego otwarcia dokonał 17 maja 1948 roku biskup diecezji. Olbrzymi budynek o 5 piętrach mógł przyjąć 300 osób na rekolekcjach. Początkowo Ogniska proponowały rekolekcje 5-dniowe. Po latach zaczęto w nich prowadzić też inne formy skupienia: 1 dzień, 3 dni, weekend, rekolekcje tematyczne, rekolekcje ukierunkowujące.
W ten sposób do licznych osób, które przybywały do Marty w odwiedziny, dołączyły teraz uczestnicy rekolekcji. Mogli oni spotkać się z nią na 10 minut. Marta była tak bardzo obecna podczas spotkania, że w tak krótkim czasie można było wejść z nią w bardzo bezpośredni i głęboki kontakt. Liczba odwiedzających ją osób nie przestaje rosnąć. W latach 70-tych było to od 50 do 60 osób dziennie, czyli ponad pięć tysięcy w ciągu roku. Szacuje się, że Marta przyjęła w swym pokoju ponad sto tysięcy odwiedzin, nie licząc wizyt rodziny.
OSTATNIA WALKA
Marta przeczuwała bardzo dobrze wielkie walki, w które wchodził Kościół. Bardzo wyraźnie czuła eschatologiczny wymiar Kościoła. Chciała, by w tych walkach i poprzez te walki istniała wśród wierzących bardzo wielka wierność całemu nauczaniu Kościoła. Pragnęła, by Ogniska Miłości były jakby małymi karmelami, w których miłość braterska jest przeobfita.
W ostatnich latach życia szatan w straszny sposób ją atakował. Ponieważ leżała unieruchomiona w łóżku, szatan ciskał nią o ziemię. Ojciec Finet wielokrotnie znajdował ją leżącą na ziemi. W przeddzień śmierci powiedziała mu: Szatan powiedział mi, że będzie mnie ścigał aż do końca. Wejdę w wielkie walki.
Kiedy następnego dnia Ojciec Finet wszedł do jej pokoiku, zobaczył Martę leżącą na ziemi. Myślał, że tak jak zawsze szatan wywrócił ją i rzucił na ziemię. Podniósł ją i chciał położyć na łóżku, ale już była zimna. Był to straszny cios dla Ojca Finet, gdyż był on przekonany, że Marta będzie żyła tak długo, aż on jej powie, że może odejść. Tak się nie stało. Marta opuściła ziemię w tajemniczym ataku. Ojciec Finet nie mógł się pozbierać. Przez godzinę trwał przy niej, przy martwym ciele Marty, i dopiero potem wezwał lekarza, który mógł potwierdzić jej zgon.
PROCES BEATYFIKACYJNY
Zaraz po śmierci Marty, 6 lutego 1981 r., zostało rozpoczęte gromadzenie dokumentacji. Kilka lat wcześniej Marta przekazała ojcu Finet swe osobiste pisma. Po upływie 5 lat, wymaganych przez Prawo Kanoniczne, biskup Valence, J. E. Marchand na prośbę Ognisk Miłości otwarł proces beatyfikacyjny Marty Robin.
Pierwszy etap procesu beatyfikacyjnego trwał 10 lat. Złożyło się na nią ukonstytuowanie trybunału, któremu przewodniczył emerytowany biskup Autun, J. E. Bourgeois. Trybunał wezwał i przesłuchał pod przysięgą 100 świadków. W tym samym czasie mianowano ekspertów (teologów, historyków, lekarzy), którzy rozważali sprawę Marty: wszystkie jej pisma, świadectwa i materiały archiwalne. Ten ogrom pracy zakończył się sformułowaniem raportu określającego powagę i możliwość uznania jej przypadku za wyjątkowy. Wszystko zostało przekazane do Rzymu. Etap, który musiał wykonać Kościół we Francji, został zamknięty w Uroczystość Zesłania Ducha Świętego 27 maja 1996 r. w obecności członków Komisji. Obecnie rozpoczęła się rzymska część procedury, która zakończy się sformułowaniem doniesienia o heroiczności jej cnót. Jeśli zostanie ogłoszona heroiczność jej cnót, to znaczy uzna się, że Służebnica Boża żyła w obecności i pod natchnieniem Ducha Świętego, wtedy rozpocznie się kolejny etap procedury. Dla ogłoszenia jej błogosławioną będzie potrzebny jeszcze dowiedziony cud, dokonany za jej wstawiennictwem.
Anna Pyrek