Była młodą kobietą. Pracowała jako położna. Diagnoza zabrzmiała jak wyrok: zanik mięśni. Wiedziała jak to wygląda. Wiedziała jak rozwija się choroba. Właśnie wtedy na tę samą chorobę umierał jej brat.
Poddała się. Nie chciała ćwiczyć. Załamała się. Zamknęła w domu. Choroba szybko postępowała. Nie chciała, by ją ktoś widział. O kulach nie chciała chodzić. W dość krótkim czasie trafiła na wózek. Podstawowe czynności sprawiały jej coraz więcej kłopotów.
Zachorowała jej mama. Na raka. W jedynym pokoju cierpiała mama, w drugim - ona.
Mama wkrótce zmarła. Została sama w czterech ścianach swojego mieszkania.
Siostra przychodziła kilka razy dziennie. Sprzątała, karmiła, myła. I szła do swojego domu, do męża i dzieci. A ona zostawała sam na sam ze swoimi myślami.
Uchwyciła się wiary w cud. Modliła się dużo. Wciąż do nowych świętych. Wynajdywała nowe miejsca, słynące z uzdrowień. Chciała tam jechać. Wierzyła że wróci zdrowa. Nowe modlitwy. Nowe nadzieje. Nowe wyjazdy. I powroty. Zawiedzione nadzieje. Bunty wobec Boga.
Trafiła do wspólnoty parafialnej. Osoby z tej wspólnoty brały ją na spotkania, na niedzielne Msze św., na nocne czuwania. Bardzo powoli zmieniało się jej nastawienie. Wciąż czekała i prosiła o cud, ale prosiła też o umocnienie, o cierpliwe znoszenie choroby.
Nie mogła już sama zostawać w domu. Nie była w stanie obrócić się na łóżku, napić się ze szklanki, zadzwonić, gdyby działo się coś niepokojącego. Zdecydowała się na zakład opieki...
W zakładzie jest już od wielu lat. Choroba uniemożliwia jest jakikolwiek ruch. Mówi z trudem. Ma problemy z oddychaniem. Jednak nie skarży się.
Ostatnio powiedziała: Dziękuję Bogu za różaniec. Dziękuję Bogu za oczy. Kiedyś odliczałam zdrowaśki na palcach. Dziś, gdy nie mogę ruszać palcami, robię to inaczej. Obrazek na ścianie - jedna zdrowaśka. Krzyżyk - druga zdrowaśka. Paprotka - trzecia. Szafa - czwarta...
Wizyta u chorego to często najlepsze rekolekcje...
Anna Pyrek