Wojna domowa z 1936 roku sprawiła, że wielu Hiszpanów emigrowało do Meksyku. Był między nimi osiemnastoletni chłopiec, które nazywał się Venancio Fernandez. Jedyny problem, jakiego nie miał podczas tej bolesnej przeprawy, to opłata za nadwyżkę bagażu, ponieważ maił ze sobą tylko dwie koszule i parę pocerowanych spodni.
Kiedy przyjechał do Veracruz, zaczął pracować w sklepie swojego wujka z artykułami spożywczymi. Kilka lat później ożenił się i otworzył piekarnie w mieście Puebla. Z wielkim trudem, poświęceniem i dzięki oszczędzaniu zdołał zebrać pewien kapitał i przenieść się z całą rodziną do miasta Meksyk, gdzie nadal pracował jako piekarz. Ludzie już nie mówili na niego "Venancio". Teraz był "panem" - Don Venancio, osobą szanowaną i poważaną; palił duże cygaro i próbował oszczędzać, ile tylko było można.
Minęło 20 lat od jego przyjazdu do Meksyku, kiedy pewna agencja turystyczna zaproponowała mu na bardzo korzystnych warunkach podróż statkiem do Hiszpanii dla całej jego rodziny. Oferowano specjalnie bilety rodzinne i nie można było przepuścić takiej okazji. Żona Don Venancio, która wykorzystywała wszystkie oferty, namówiła męża, aby wydał swoje oszczędności na spokojną podróż do Hiszpanii. Don Venancio, chcą jak najwięcej zaoszczędzić podczas podróży, upiekł wiele bochenków chleba, kupił 15 kilgramów sera i wsiadł na statek, który płynął do ziemi jego przodków.
W pierwszy dzień cała rodzina ze smakiem zjadła świeży chleb z kawałkiem dobrego sera. Na drugi dzień wszyscy byli jeszcze tak radośni i podnieceni, że bez wahania zjedli ten sam chleb z serem. Potem jedli ser z chlebem i znowu chleb z serem. Na piąty dzień jedli chleb, ser i chleb, a dzień póśniej sel, chleb i ser. Pod koniec tygodnia ich cera przybrała jasnożółty kolor sera. Nikt się do nich nie zbliżał, ponieważ wszyscy myśleli, że zachorowali na żółtaczkę. W dniu, w którym mieli przybyć do portu hiszpańskiego, zdali sobie sprawę, że wysiłek, który wkładali w to, by pogryźć chleb, osłabił ich zamiast dodać im sił. Żona przekonała Don Venancio, żeby uczcili przyjadz do Hiszpanii bogatym i obfitym obiadem w restauracji pierwszej kategorii. Jednej rzeczy byli pewni: tego wieczoru nie zjedliby już ani chleba, ani sera.
"Gdzie jest restauracja pierwszej kategorii ?" - spytał Don Venancio kapitana statku.
"Proszę mi pokazać bilet" - rozkazał oficer.
"A niech to diabli !" - odpowiedział Don Venancio - "Zapłacę, po to tyrałem przez 20 lat !"
"Proszę mi wybaczyć, ale z restauracji pierwszej kategorii mogą korzystać tylko pasażerowie, którzy mają specjalny bilet"
W złym humorze, typowym dla Baska, któremu się ktoś sprzeciwił, z twarzą jeszcze bardziej bladożółtą ze złości Don Venancio wyciągnął bilet, który był cały pognieciony i wydawał bardzo silny zapach sera.
Oficer przeczytał bardzo wolno:
"Venancio Fernández." Potem ze zdziwieniem dodał:
"A niech to ! Don Venancio, pana rodzina ma wspaniały bilet ! W cenę tego biletu wliczone są trzy posiłki dziennie w restauracji pierwszej kategorii przez cały czas podróży !"
To samo zdarza się nam. Chrystus już za nas zapłacił, abyśmy mieli prawo do nowego życia. Mamy nbilet chrztu świętego, który daje nam prawo do tego, byśmy żyli jak królowie, kapłani, prorocy, ale nie wykorzystujemy tej szansy. Wciąż żywimy się twardym chlebem smutku oraz serem goryczy, nie korzystając z faktu, że Chrystus już za nas zapłacił swoją drogocenną Krwią. Co gorsze, zarażamy naszą rodzinę i wszystkich wokół, ignorując niebywały bilet.
/ José H. Prado Flores,
Idźcie i ewangelizujcie ochrzonych /