Pewnego pięknego dnia czarnoksiężnik przemienił drzewo w magiczną harfę. Najdziwniejsze w harfie było to, że nikt nie mógł na niej grać. Mogła wydawać tony tylko wtedy, kiedt posługiwali się nią najwięksi muzycy świata.
Chiński cesarz zaprosił wielkich artystów, jakich miał w swoim państwie, aby na niej zagrali. Jeden po drugim próbowali zagrać, ale harfa wydawała tylko nieprzyjemne dysonanse.
W końcu przybył król gry na harfie, Peiwoh, i stał się cud. Jego palce wydobyły z niej miłe tony, w których można było rozpoznać całe piękno przyrody: przepych lasów o świtaniu, klimat poświaty księżyca, powiew wiatru, szum raz to pieszczotliwych, raz rozhukanych fal. Sprawił nawet, że słuchacze wyczuwali opary, jakie unoszą się nad ziemią w poszczególnych porach roku.
Cesarz i jego dwór oniemieli ze zdumienia. Na koniec cesarzowi wróciła mowa i rzekł do harfisty: "Jaka to tajemnica kryje się w twoim zwycięstwie ?" I otrzymał odpowiedź: "Dlatego wszyscy harfiści ponieśli klęskę, ponieważ chcieli wygrywać swoją własną chwałę. Ze mną jest tak, że zapomniałem o sobie. Dałem harfie wolność w yborze tamtu i prawdziwie było tak, że nie wiedziałem, czy to harfa była Peiwohem, czy to Peiwoh był harfą".
***
Kto chce uczynić swoją pracę medytacją, ten powinien, jak Peiwoh, zapomnieć o sobie. [...] W medytacji nie robimy nic innego, jak tylko wciąż od nowa umieramy dla życia.
Przy każdym wydechu powracamy do Boga i w Nim się zatracamy. Przy każdym wdechu powstajemy z Boga, czystsi, bardziej w Nim zakotwiczeni, wiedzący więcej o Nim, przejrzystsi dla Niego. Jest to bezustanne umieranie i rodzenie się od nowa.
To samo może się dokonywać, kiedy pracujemy. Zamiast dawać pożywkę naszemu małemu "ja", co zazwyczaj czynimy, możemy pozwolić umrzeć temu "ja" i w tej śmierci dać miejsce dla wielkiego bytu Boga i Jego wielkiego działania, tak że to już nie będę działać, ale Ten, który jest we mnie.
/ Wilfired Stinissen,
Ani joga, ani zen /