Opowiadania


NIEWIELU PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ

Piłka zatoczyła szeroki łuk i padła na końce palców jednego z graczy szkolnej drużyny rugby, chłopca mierzącego 1 m 80 wzrostu i 12 kg wagi. Ale on nie zdołał piłki utrzymać, upadła i potoczyła się po murawie. To już trzeci raz tego dnia nie udało mu się odbić piłki, dwa poprzednie razy zepsuł obiecującą grę.

Po skończonym treningu chłopiec, zaskoczony tym co mu się przydarzyło, zwrócił uwagę, poruszając palcami, na niezwykłą wrażliwość swojej prawej dłoni. Ale następnego dnia przyszedł na trening, jak zwykle.

Ten gracz w rugby, Paul Scott, osiemnastolatek o bujnej, kasztanowatej, kędzierzawej czuprynie, cieszył się dużą sympatią kolegów z ostatniej klasy licealnej pewnej szkoły na peryferiach Nowego Jorku. Lubił sport, dziewczyny, taniec. Na wiosnę czekała go matura a potem uniwersytet.

W ciągu całej tej jesieni, na treningach, Paulowi wciąż uciekała piłka. Z jego rękami działo się coś niedobrego. Po pewnym czasie lewa także stała się nadwrażliwa, potem obie zaczęły tracić czucie. Lekarz podejrzewał lekką formę paraliżu dziecięcego, polecił ręce bandażować. Ale choroba robiła postępy. Paul zaczął tracić władzę nad mięśniami. Trudność sprawiały mu najprostsze czynności jak sznurowanie butów, zapinanie guzików.

Rodzice, teraz już bardzo zaniepokojeni, poszli z nim do polikliniki nowojorskiej gdzie cały szereg specjalistów poddał chłopca różnego rodzaju badaniom, usiłując zidentyfikować te tak dziwne objawy. I w końcu jedna z lekarek postawiła diagnozę: - Paul, obawiam się, że to jest trąd.

Świat cieni

Tych kilka słów równało się zawaleniu całego szczęśliwego świata Paula Scotta. To niemożliwe, myślał. Trąd, to coś co się zdarza w Azji, w Afryce, ale nie w Nowym Jorku, i nie jemu!

A jednak była to prawda. Trzeba było umieścić Paula w szpitalu państwowym w Carville, Luizjanie, w szpitalu trędowatych. Paul i cała jego rodzina znaleźli się w świecie mrocznych cieni, obejmujących tych których dotknęła plaga trądu. Władze sanitarne zawiadomiły telefonicznie szkołę, że Paul musi przerwać naukę przez wzgląd na stan swego zdrowia. Nic więcej nie wyjaśniono. Rodzice mówili znajomym, że ich syn z powodu silnej anemii wyjechał na dłuższy czas do krewnych w innym stanie.

Paul odbył długą podróż do Luizjany w osobnym przedziale, pod opieką lekarza. Po przybyciu na miejsce, okropnie przerażony, przyjęty został do tego co Albert Schweitzer nazwał "bractwem tych, którzy noszą piętno cierpienia". Wpisany pod fałszywym nazwiskiem, jak to było powszechnym zwyczajem kiedy zamykano kogoś w leprozorium, rozpoczął natychmiast kurację. Ale jego stan pogarszał się nadal i to szybko. Utracił zupełnie czucie w rękach, choroba zaczęła zniekształcać mu palce przyginając je ku środkowi dłoni, jak szpony. Twarz obrzmiała mu przerażająco, na ramionach i nogach pojawiły się wrzody.

Stan jego wydawał się beznadziejny, ale właśnie w tym czasie nauka wykryła pewne właściwości związków sulfonowych, pomagające w leczeniu trądu. Paul dobrze reagował na kurację sulfonową i nareszcie, po sześciu latach męczarni, mógł szpital opuścić. Niestety jednak choroba zostawiła ślady: kulał i twarz miał zniekształconą.

Osamotnienie

Paul miał nadzieję że będzie mógł podjąć normalne życie. Ale po powrocie do Nowego Jorku, gdziekolwiek się pokazał, jego zniekształcona twarz zwracała powszechną uwagę. W kolei podziemnej, w restauracjach, ludzie na jego widok szeptali i odsuwali się od niego. Nie mógł znaleźć pracy. Dawni przyjaciele czuli się z nim nieswojo i stopniowo oddalali się. Ta zupełna zmiana jego wyglądu przykra była dla najbliższych; zniechęcali go jak mogli do wychodzenia z domu, nie chcąc żeby widzieli go sąsiedzi. Doszło w końcu do tego, że rodzina przeniosła się do innego miasta, a Paul został w Nowym Jorku sam.

Przechodził z jednego szpitala do drugiego, wszędzie próbowano zaradzić skutkom choroby. Szesnaście razy poddawał się operacjom rąk (bez znieczulenia, skoro i tak pozbawione były czucia), nie tracąc nadziei że wreszcie odzyska w nich władzę.

W końcu przyjęto go do jakiegoś małego biura jako urzędnika. Unikał pokazywania się ludziom, w dni wolne od pracy wałęsał się samotnie po opustoszałych plażach, a wieczorami po pustych, ustronnych ulicach. Któregoś deszczowego i wietrznego wieczora natknął się na gromadkę małych zamaskowanych przebierańców z lampionami. - Patrzcie no na tego - zawołał jeden z nich, wskazując na Paula - on nie potrzebuje maski!

Na te okrutne słowa, wypowiedziane w dziecinnej niewiedzy, Paul umknął w ciemność, jak ślepiec, pełen urazy i goryczy. Wszystkie doznane cierpienia i upokorzenia budziły w nim wściekłość i rozpacz.

Przypadek zaprowadził go do katedry świętego Pa-tryka. I choć nie był katolikiem, wszedł tam, szukając jakiegokolwiek schronienia. Kiedy klęczał tam, usiłując odzyskać panowanie nad sobą, przypomniało mu się co czytał kiedyś o biskupie Fultonie Sheen, o jego miłości dla trędowatych i czynnym zainteresowaniu ich niedolą.

Jakiś ksiądz przeszedł mroczną nawą obok Paula, który zwrócił się nagle do niego: - Chcę mówić z biskupem Sheen. Ksiądz wyjaśnił, że biskup nie ma z katedrą nic do czynienia. - Ale jeżeli podasz mi swoje nazwisko i adres, postaram ci się o tę rozmowę.

Wkrótce potem Paul dostał bilecik od biskupa z zaproszeniem. Przyszedł tam, kulejąc, i jego pierwsze słowa były: - Przychodzę tutaj, bo nie mam nikogo innego do kogo mógłbym się zwrócić! Nie mam ani jednego przyjaciela. - No dobrze, teraz jednego już masz - powiedział biskup. - Czy zechcesz przyjść do mnie jutro na wieczerzę?

Droga wyjścia

Przy stole Paul opowiedział biskupowi swoją samotną odyseję. Mówił o wszystkim co wycierpiał w szpitalu i o cięższym jeszcze cierpieniu kiedy ujrzał się odtrąconym przez krewnych i przyjaciół po wyzdrowieniu. Opowiedział, że wkrótce po wyjściu ze szpitala był już pewien że dostanie pracę w biurze linii lotniczej, w rezultacie jednak odmówiono mu w ostatniej chwili, bo "ucierpiałoby na tym morale innych pracowników".

Biskup pozwolił mu powiedzieć wszystko co miał na sercu. Potem zaczął z kolei mówić sam: - Dante rozpoczął swój poemat opowieścią jak to znalazł się w "ciemnym lesie". Ty także przebywałeś w ciemnym lesie rozpaczy, Paul. Musisz znaleźć drogę wyjścia. Bóg dał twojemu życiu jakiś cel. Do nas należy ten cel odnaleźć. Z wielką dobrocią tłumaczył chłopcu, że drogą wyjścia z lasu jest odważne znoszenie swojego nieszczęścia. - Nie odrzucaj precz swojego ciężaru; dźwignij go, Paul, zaraz wyda ci się mniej ciężki.

Kiedy Paul wyznał, jak strasznie trudno mu znosić upokorzenie spowodowane zniekształceniem twarzy, biskup rzekł porywczo: - Piękność fizyczna, to najmniej pewny i trwały ze wszystkich darów Boga. I opowiedział taki epizod: - Kiedyś w samolocie zdarzyło mi się rozmawiać z hostessą, dziewczyna niezwykłej wprost urody. Powiedziałem jej między innymi, że piękność to dar Boga bardzo rzadki, ale jeszcze rzadsza jest za ten dar odpłata. Dziewczynę zaskoczyły moje słowa, była najwyraźniej zmieszana, Dwa lata potem przyszła do mnie: "Nigdy nie zapomniałam tego co mi ksiądz biskup powiedział, że piękność to dar którego Bóg rzadko udziela a jeszcze rzadziej ktoś się za niego Bogu odwdzięcza. Gotowa jestem zrobić wszystko co w mojej mocy aby służyć Bogu", Odpowiedziałem jej, że ją wezwę kiedy będzie potrzebna. Dziś ta dziewczyna służy Bogu w leprozorium.

Nie użalać się nad sobą

Biskup zalecił Paulowi dzielnie stawiać czoła swoim zmartwieniom, ale tez nie robić sobie nadmiernych złudzeń. - Nie będziesz miał wielu przyjaciół - powiedział mu - ale ci, których zdobędziesz, to będą prawdziwi przyjaciele.

Pierwszym z tych prawdziwych przyjaciół stał się dla niego sam biskup. Mniej więcej raz w tygodniu zapraszał go do siebie na obiad. Ponieważ Paul miał trudności w posługiwaniu się rękami, biskup sam krajał mu mięso na talerzu. Pomógł mu znaleźć małe mieszkanko i umeblować je. Za każdym razem kiedy miał przemawiać w telewizji, zapraszał Psuła żeby go zobaczyć i posłuchał. - Cierpienie - mówił - może cierpiącego popchnąć do przeklinania Boga, tak jak czyniłby to Hiob, gdyby słuchał swojej żony. Ale przeciwności znoszone z siła ducha pomagają jednostce dojrzeć.

Przy całej swojej pełni zrozumienia, biskup nie pozwala jednak Paulowi użalać się nad sobą. Są na świecie miliony trędowatych - powiedział mu - a ty jesteś wyleczony. Przypomniał mu epizod z Ewangelii o dziesięciu uzdrowionych przez Jezusa trędowatych, z których tylko jeden wrócił aby Mu podziękować. - A ty, czy podziękowałeś Bogu za wyzdrowienie?

Dało to Paulowi do myślenia. Wspomniał doktora Daniela Riordana, który 16 razy operował jego ręce coraz nowymi metodami chirurgicznymi usiłując przywrócić tym "rękom sprawność. Wspomniał siostry szpitalne, które bez żalu całe swoje życie poświęciły chorym. Pomyślał o swoim przyjacielu i towarzyszu niedoli ze szpitala, Stanleyu Stein, który walczył wytrwale aby zedrzeć zasłonę zabobonnego lęku, spowijającą trąd, mimo że on sam przez trąd utracił wzrok. A nade wszystko myślał o biskupie Sheenie.

Po trochu dźwigał się jego duch, zmniejszała gorycz. Chociaż chwilami samotność przysparzała mu jeszcze wiele cierpienia. - Jak wszystko co naprawdę cenne - mówił mu biskup - również i przyjaźni znaleźć nie jest łatwo. Ale i samotność ma swoje dobre strony. Pomoże ci docenić wartość przyjaźni, gdy nadejdzie.

Biskup nie mylił się: Z czasem Paul znalazł przyjaciół. Jedna z jego koleżanek biurowych zaofiarowała mu swoją przyjaźń; inna doradzała mu żeby zdecydował się na operację plastyczną, która mogłaby poprawić jego wygląd. Ale chirurgia plastyczna jest bardzo kosztowna - zauważył Paul. Nie troszcz się o to - uspokoiła go koleżanka. I posłała go do dwóch najlepszych nowojorskich specjalistów. W ciągu dwóch lat Paul przeszedł cztery za biegi chirurgiczne, po których jego wygląd bardzo znacznie się poprawił, Wszystkie to operacje i koszty pobytu w szpitalu obaj chirurdzy ofiarowali mu bezinteresownie. Próbując wyrazić im swoja wdzięczność Paul wspomniał słowa biskupa: "Nie będziesz miał wielu przyjaciół, ale ci, których zdobędziesz, to będą prawdziwi przyjaciele".

Wkrótce dołączyli do nich jeszcze inni. Dziś Paul czuje ze powrócił do życia. Wie dobrze, że jego życie nigdy nie będzie całkowicie normalne, ale ma dostateczny zasób sił żeby stawiać czoła trudnościom. Przyjaźń ludzka jest dziś dla niego cenniejsza niż kiedykolwiek. Najzwyklejszy gest przyjazny, zaproszenie na śniadanie, popołudnie spędzone na plaży z przyjacielem, godzinka rozmowy, to chwile bardzo mu drogie. Naprawdę znalazł drogę wyjścia z "ciemnego lasu".

Ale może bardziej niż to wszystko, podźwignęło Paula na duchu jedno zdanie które wypowiedział bp Sheee, gdy Paul usiłował wyrazić mu swoją ogromna wdzięczność, mówiąc: ksiądz biskup ofiarował mi swoje przyjaźń, swój czas i to wszystko co posiadam, a ja nie mogę nic ofiarować w zamian.
- Mylisz się, Paul - odpowiedział biskup - Ty dajesz mi siłę.