Rozważania


POD WIELKIM KAMIENIEM

Szlak, biały od słońca, wił się przede mną niepewnym zarysem. Koeliny w piasku, wyżłobione kołami ogromnych samochodów-cystern do przewozu ropy naftowej, zmuszały mnie do ciągłej gimnastyki, by nie stracić panowania nad kierownicą jeepa.

Słońce stało już wysoko i czułem się nieco znużony. Jedynie dzięki wiatrowi, który owiewał przód maski samochodu, mogłem jechać dalej, chociaż upał był piekielny i woda wrzała w chłodnicy. Od czasu do czasu kierowałem wzrok ku horyzontowi. Wiedziałem, że gdzieś tam znajdowały się wielkie bloki granitu, wynurzające się z piasku: upragnione miejsca ochłody, gdzie można rozbić obóz i doczekać wieczora, aby znów ruszyć w dalszą drogę.

Toteż koło południa znalazłem to, czego szukałem. Po lewej stronie drogi ukazały się olbrzymie skały; przybliżyłem się do nich, pewien, że znajdę tam trochę cienia.
Nie rozczarowałem się. Od północnej ściany potężnego głazu, wysokiego na jakieś dziesieć metrów, ścielił się na czerwonym piasku ostro rysujący się cień. Ustawiłem jeepa pod wiatr, żeby ostudził się silnik, i wydobyłem ghess, czyli wszystko to, co jest niezbędne do rozbicia obozu: matę, worek z żywnością, dwa koce i trójnóg nad ognisko.[...]

Rozłożyłem matę, która na pustyni jest wszystkim: kaplicą, jadalnią, sypialnią, salonem... Usiadłem.
Byla pora sjesty, wziąłem do ręki brewiarz.
Odmówiłem kilka psalmów, ale z pewnym wysiłkiem z powodu zmęczenia [...] Piekielny żar nadciągał od południa i zaczynała mnie boleć głowa. Wstałem, sprawdziłem, ile mi jeszcze pozostaje wody na dojazd do studni w Tit i postanowiłem zużyć jej trochę. Zaczerpnąłem litrową manierką z bukłaka z koziej skóry i wylałem sobie na głowę. Woda wsiąkła w turban, spłynęła mi po szyi i po ubraniu; reszty dokonał wiatr; temperatura z 45 stopni spdła w ciągu kilku minut do 27. Z tym uczuciem chłodu i orzeźwienia rozciągnąłem się na piasku, żeby się przespać, gdyż na pustyni sjesta zawsze poprzedza obiad.

Rozejrzałem się za kocem, ażeby się wygodniej usadowić, i położyć go sobie pod głowę. Miałem ich dwa. Jeden leżał obok bezużytecznie i patrząc nań poczułem się nieswojo.
Ale jeśli chcecie zrozumieć przyczynę mojego nastroju, musicie wysłuchać następującej opowieści.

Poprzedniego wieczora przejeżdżałem przez Irafok, małą wioskę murzyńską, której mieszkańcy byli niegdyś niewolnikami Tuaregów. Jak to zwykle bywa, kiedy przyjeżdża się do wioski, jej mieszkańcy nadbiegają i cisną się wokół jeepa, czy to z ciekawości, czy też ze względu na te drobne przysługi, które wyświadczają podróżnicy przejeżdżających pustynnym szlakiem: przywożą trochę herbaty, rozdzielają lekarstwa, dostarczają pocztę.

Tego właśnie wieczora ujrzałem starego Kada, który trząsł się z zimna. Wydaje się rzeczą dziwną mówienie o zimnie na pustyni, ale to jednak prawda: nawet określenie Sahara jest następująe: "zimna kraina, gdzie jest bardzo gorąco, kiedy świeci słońce". A słońce już zaszło i Kada drżał.

W pierwszej chwili zapragnąłem dać mu jeden z dwóch koców, które stanowiły mój ghess; ale natychmiast odpędziłem tę myśl od siebie. Pomyślałem o nocy i zdałem sobie sprawę z tego, iż ja także będę się trząsł z zimna. Ta odrobina miłosierdzia, która tkwiła we mnie, powróciła nagle i dała mi do zrozumienia, że moja skóra nie jest więcej warta niż jego i że dobrze zrobiłbym, dając mu jeden koc; a jeślibym nawet trząsł się z zimna, z pewnością nie zaszkodziłoby to małemu bratu.
Kiedy opuszczałem wioskę, obydwa koce pozostały w jeepie; teraz leżały przede mną jak wyrzut i upokarzająca wymówka.

Usiłowałem zasnąć ze stopami opartymi o wielką skałę, lecz nie udawało mi się to. Przypomniało mi się, iż pewien Tuareg miesiąc temu został zmiażdżony skałą właśnie wtedy, kiedy ucinał sobie drzemkę. Podniosłem się, aby się upewnić, czy skała jest mocno osadzona: stała raczej niepewnie, ale nie aż tak, aby mogła być niebezpieczna.

Ułożyłem się z powrotem na piasku. Jeślibym powiedział, że śniłem, wydawałoby się wam to dziwne. Ale najdziwniejsze jest to, że śniłem, iż śpię pod wielkim kamieniem i że w pewnej chwili... Nie wydawało mi się to wcale snem: zobaczyłem, kamień się obsuwa; poczułem, że skała leci na mnie. Cóż to za straszna chwila !

Zostałem przygnięciony. Poczułem, jak trzeszczą mi kości i wydało mi się, że jestem martwy. Nie: żyję, ale z ciałem zmiażdżonym pod skalnym głazem. Zdumiałem się, że nie czuję nigdzie bólu: byłem jedynie unieruchomiony. Otworzyłem oczy i ujrzałem starego Kada, który trząsł się z zimna w Irafok. W tej chwili nie wahałem się dać mu koca, tym bardziej, iż leżał on bezużytecznie blisko mnie, w odległości zaledwie metra. Usiłowałem wyciągnąć rękę, aby mu go podarować, lecz kamień, który mnie przygniótł, nie pozwalał na najmniejszy nawet ruch. Zrozumiałem, że to był czyściec i że cierpienie duszy polegało na "niemożności uczynienia tego, co wcześniej mogło i powinno się było uczynić". Kto wie, ile lat będę jeszcze widział przed oczyma ten koc leżący blisko mnie - kiedy to znajdowałem się w tak niewygodnej pozycji - i świadczący o moim egoizmie, a więc o mojej niedojrzałości, by wejść do Królestwa łaski.

Próbowałem zastanowić się, jak długo pozostanę pod kamieniem. Odpowiedź podsunął mi katechizm: "Dotąd, aż będziesz zdolny do aktu miłości doskonałej !". W tamtej chwili nie czułem się do tego zdolny.

Akt miłości doskonałej ukazuje nam Jezus wstępujący na Kalwarię, aby umrzeć za nas wszystkich. Mnie, członkowi Jego Ciała Mistycznego, postawiono pytanie, czy doszedłem do takiej dojrzałości, żebym mógł pójść w ślady mojego Mistrza, na Kalwarię, dla zbawienia moich braci. Widok koca, odmówionego staremu Kada poprzedniego wieczora, oznajmił mi, że mam jeszcze długą drogę do przebycia ! Skoro potrafiłem patrzeć na brata drżącego z zimna i przejść obok, czy mógłbym być zdolny oddać życie za niego na podobieństwo Jezusa, który umarł za wszystkich ? Zdałem sobie sprawę, iż jestem zgubiony; i że, jeśli nie przybędzie Ktoś, aby mi pomóc, przeminą całe epoki geologiczne, zanim będę mógł się poruszyć.

Skierowałem wzrok gdzie indziej i spostrzegłem, że wszystkie te olbrzymie pustynne skały były grobowcami innych ludzi. Oni także, sądzeni z ich czynów miłości i uznani za nieczułych, oczekują Tego, który powiedział: "Ja was wskrzeszę w dniu ostatecznym".


/ Carlo Carretto,  Listy z pustyni /