Teologia


SZALEŃSTWO KONIECZNE

czyli o dawnych i współczesnych pustelnikach

[...] Pierwsze pokolenia wierzących nie praktykowały odejścia na pustynię, anachoretyzmu. Dopiero pod koniec trzeciego wieku, a głównie w czwartym, kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową, nastąpił "masowy exodus" ku pustyniom Egiptu, Palestynym Syrii i Mezopotamii. Kościół zaczynał pełnić inną rolę. Henri-Pierre Rinckel, studijący duchowość Wschodu napisał: "w ten sposób nabiera nowego aspektu doskonałość męczennika świadka i jego konflikt ze światem, który już go nie odrzuca, lecz raczej grozi mu gnębieniem. Pustynia, ogromna arena bez stopni, oddalona od miast, od spojrzeń i nadmiernej wrzawy, siedziba wyzwania, płonącego żarliwością wyrzeczenia, staje się grobem starego człowieka i kolebką synów światłości".

"Żywoty" i "Apoftegmaty", pamiętne ustne przekazy, przekazały nam duchowe praktyki "Ojców pustyni". A zatem, rewolucjoniści i kontestatorzy systemu. W tym właśnie okresie, między rokiem 251 i 356, śył św. Antoni, opat, nazwany "Wielkim", uważany prawie za patriarchę wszystkich mnichów. Urodzony w Egipcie, w dwudzuestym roku życia rozdał ubogim swój majątek, wybierając życie pustelniczne. Około roku 305 założył wspólnotę w Fajum i drugą w Pispir; dał początek życiu monastycznemu, gromadząc grupy eremitów, którym nie nadał określonej reguły. Wkrótce stał się sławny; został przyjacielem Atanazego, który napisał jego biografię, umarł na górze Coltzum, koło Morza Czerwonego.

Kimże więc jest (lub kim powinien być) pustelnik ? Prawdopodobnie najbardziej przejrzystą definicję dał ponad piętnaście wieków temu święty Benedykt z Nursji. W swej Regule opracowanej dla mnichów rozróżnia cenobitów (którzy żyją w cenobium, we wspólnocie) i anachoretów (którzy odchodzą do życia samotniczego, od greckiego słowa anachorein): "Drugi rozdział - pisał ojciec monastycyzmu zachodniego - to anachoreci, to znaczy pustelnicy, którzy nie w uniesieniu niedawnego nawrócenia, lecz przeszedłszy długą próbę życia zakonnego, od wielu uczyli się, jak należy walczyć z diabłem, a dobrze przygotowani w szeregach braci do samotnej walki na pustyni i dość już silni, by obejść się bez pomocy bliźniego, są w stanie, wsparci tylko łąską Bożą, zmagać się w pojedynkę ze złem czającym się w ciele i myślach".

Enzo Bianchi, przeor ekumenicznej wspólnoty z Bose, jeden z najinteligentniejszych i najbardziej radykalnych zakonników we Włoszech ( a ponadto nieoceniony przewodnik w tworzeniu tej książki), stwierdza: "Oto istotne elementy tradycji monastycznej dotyczącej pustelnictwa: wybór życia pustelniczego jest odpowiedzią na wezwanie Boga, zakłada życie wspólnotowe, jako teren, który sprzyja jego rozwojowi, wymaga rozpoznania przez innych, aby potwierdzić autentyczność powołania". Jednak dodaje: "Choć w świeci prawosławnym ta forma życia monastycznego była trwała i mocno obecna, to na Zachodzie napotykała w ciągu wieków na trudności spowodowane nie tylko mniej sprzyjającymi warunkami klimatycznymi czy geograficznymi, lecz także pewnym niezrozumieniem ze strony ogółu Kościoła świadectwa "marginalnego", nieuzasadnionego, nie wpisanego w konkretne działanie duszpaterskie".

Rzeczywiście, wobec tych osób Kościół okazywał zawsze pewną nieufność. Prawo kanoniczne na przykład aż do roku 1983 całkowicie pomijało życie pustelnicze: nowy kodeks rozwiązuje tę kwestię tylko w jednym, 603 kanonie, ze wskazaniami zresztą zawężenia lub otwarcia na wszelkie adaptacje. "Na Zachodzie - dodaje Bianchi - największym powodzeniem cieszyły się dwie formy pustelnictwa (które stanowiły właściwie jedyne możliwe formy życia pustelniczego, znane do czasu "przebudzenia", jakie nastąpiło w ostatnich dziesięcioleciach), obie związane z mniej lub bardziej spójną formą "braterskiego wsparcia": forma kamedulska, powstała w nurcie benedyktyńskim i forma kartezjańska". Jan Paweł II, w adhortacji apostolskiej Vita consecrata, napisanej w roku 1996, dwa lata po poświęconym temu tematowi synodzie, pisze również o "pustelnikach i pustelnicach": "Przez zewnętrzne i wewnętrzne oderwanie od świata świadczą o przmijalności obecnej epoki", zaś ich życie "jest wezwaniem skierowanym do bliźnich i do całej wspólnoty kościelnej, aby nie traciła nigdy z oczu najwyższego powołania, które polega na nieustannym przebywaniu z Panem" (nr 7).

[...] Działając przez całe lata w stowarzyszeniach katolickich, szczerze dziś nie znoszę tych zbędnych, niczemu nie służących i nie kończących się zebrań, któym poświęciłem tysiące godzin. Zgoda, odniosłem bezsporną korzyść z ćwiczeń formacyjnych. Lecz wszystko zdaje mi się coraz bardziej niespokojnym i rozpaczliwym wirem. Istnieje zagrożenie, że jeśli tak dalej pójdzie, coraz mniej ludzi będzie zachodzić do parafialnego kościoła. Nieadekwatny język ? Oddalenie od problemów ludzi albo też dramatyczny "horyzontalizm", znak niepokojącego ubóstwa duchowego ? Thomas Merton, trapisa, autor Siedmiopiętrowej góry, przeczuł to już trzydzieści lat temu, w swojej samotni zagubionej gdzieś w Kentucky: "Pustelnik jest po to, byśmy się mieli na baczności przed naszą naturalną skłonnością do widzialnych, społecznych i wspólnotowych form życia chrześcijańskiego, które niekiedy zmierzają do nadmiernej aktywności i głębokiego wrośnięcia w życie społeczeństwa świeckiego, nie chrześcijańskiego".

Nie bez powodu Carlo Carretto, który przez lata (od 1946 do 1952) pełnił funkcję przewodniczącego młodzieży włoskiej w ramach Akcji Katolickiej, na dziesięc lat zanurzył się w samotności Sahary.

"Nie chciałbym - zauważył podziwiając piękno wydm Beni-Abbes - aby wielki podbój, jakiego dzisiaj dokonuje chrześcijaństwo wspólnotowe, przezwyciężenie wczorajszego indywidualizmu, radość wspólnej modlitwy w odnowionej liturgii, oznaczał uszczerbek dla samotniczego aspektu egzystencji. Nie chciałbym żeby obecna dziś pośród młodych oraz wielu awangardowych księży krańcowo realistyczna świadomość tego, że Bóg objawia się nam w akcie miłości, przy pomocy którego urzeczywistniamy wspólnotę, żyjemy nią i ją tworzymy, oznaczała odrzucenie najsurowszej ścieżki modlitwy indywidualnej, jedynej zdolnej doprowadzić nas do dojrzałego, pełnego zjednoczenia z Bogiem i do wrodzonej kontemplacji."

Czy może się zdarzyć, że dzisiaj, zgodnie z modą na przygody, stanie się to krótkotrwałą atrakcją dla nowych Robinsonów Crusoe ? "Wszakże samotność - napomina znowu Merton - to nie schronienie dla buntownika. A jeśli w powołaniu do życia samotniczego istnieje jakiś element protestu, to winien on być czymś ściśle duchowym. Winien być głęboki i wewnętrzny, i mocno osobisty, tak aby eremita przejawiał postawę krytyczną przede wszystkim względem siebie samego. W przeciwnym razie będzie się sam zwodził najgorszym ze złudzeniem, stając się bardziej szalonym i zaciętym w uporze od najgorszego łgarza, oszukując nie kogo inego, tylko siebie."

Niewątpliwie, jak przyznaje Enzo Bianchi, "prawdą jest, iż niekiedy droga pustelniczego życia podejmowana bywa z powodów "negatywnych": niezdolność do płodnego wzrastania w życiu wspólnotowym, nietolerowanie bonum wzajemnego posłuszeństwa mogą doprowadzić do mniej lub bardziej cichej ugody z opatem i , w jej rezultacie, do wycofania się w samotność, bez zrywania więzów przynależności do wspólnoty. Jednak wielowiekowa tradycja pustelnicza zawsze potrafiła rozeznać w swoim łonie tych, którzy uciekają od innych, żeby pozostawać w towarzystwie własnych ograniczeń".

Tak więc, by przypomnieć słowa Mertona, "pustelnik odgrywa szczególną rolę w naszym świecie, gdyż nie zajmuje ściśle określonego miejsca. Mnich nie jest jeszcze w dostatecznej mierze wygnańcem. Oto dlaczego potrzebni są nam pustelnicy. Mnich może być rozumiany i doceniany. Nie na próżno porównuje się mnicha do "modlitewnego centrum". Świat jest gotów okazywać mu, choć niechętnie, pewien szacunek. Centrum coś wytwarza. A modlitwy mnichów wytwarzają, jak się zdaje, pewien rodzaj duchowej energii. Albo, przynajmniej, mnisi sami troszczą się o własne potrzeby i zarabiają trochę pieniędzy. Są jakby krzepiącą obecnością. Obecność pustelnika, kiedy się ją dobrze, nie jest przyjemna. Drażni. On nie wydaje się nawet dobry. Niczego nie wytwarza".

Nie łudźmy się jednak: pustelnicy to nie guru, posiadający niezłomną pewność. I oni doświadczają opuszczenia przez Boga i walą głową w góry zwątpień. A jednak "dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek - konkluduje Enzo Bianchhi - potrzeba tych "ekscesów": w Kościele i w społeczeństwie usiłującym wszystko ujednolicać, każdą odmienność postrzegać jako coś wrogiego, radykalizm pustelniczego świadectwa - kiedy jest autentyczną odpowiedzią na wezwanie Boga, a nie ucieczką od ludzi i konfliktów - drąży do głębi naszą pewność siebie, odsłania nasze ukryte korzenie i demsakuje nasze przywiązanie do wygody. Czasami tylko krańcowo marginalność kogoś, uważanego za "szaleńca wymagającego kaftana bezpieczeństwa" może jeszcze obudzić serce zgnuśniałe od dobrobytu oraz zalewu obrazów i słów".

Szaleństwo niezbędne, gdyż bogate w proroctwo. Jesteśmy świadkami namacalnego budzenia się zainteresowania Absolutem i istotą życia klasztorngo, przynajmniej u tych, którzy nie praktykują religijnej turystyki "konsumpcyjnej". Jest w tym doprawdy coś więcej, niż tylko szukanie Boga "zapchajdziury", o którym mówił Dietrich Bonhoeffer. Ma rację filozof Gianni Vattimo, który "wierzy, że wierzy". "Koniec nowoczesności - zauważa - a w każdym razie jej kryzys, przyniósł ze sobą także upadek głównych teorii filozoficznych, utrzymujących, że pogrzebały religię: naukowego pozytywizmu, historycyzmu hegaliańskiego a następnie marksistowskiego. Dzisiaj nie ma już mocny racji, by być ateistą, a w każdym razie, by odrzycać religię". Moglibyśmy dodać: pod warunkiem, że zaistnieje "napięcie". jak powiedział francuski filozof Gabriel Marcel "można się modlić, żeby więcej być, nie żeby więcej mieć". Jest to może jedyny prawdziwy wiatyk, jakiego rozpaczliwie potrzebujemy w tych niespokojnych czasach.

/ Francesco Antonioli, Samotność pełna Boga /